Chris Wiciak

NYC MARATHON 2017 !!!

…5th November 2017 w moim biegowym życiu przejdzie do jednych z najlepszych wydarzeń zaraz obok Bostonu Maratonu.

Nie da się porównać tych dwóch maratonów bo w Boston duch, spiryt i historia unosi się w powietrzu, tutaj w NY wszystko jest WOW…

..ogrom tego wydarzenia i liczba uczestników przewyższa wszystkie maratony na świecie. Nigdzie indziej nie spotkasz tylu uczestników i tylu kibiców którzy w sposób niewyobrażalnie głośny dopingują wszystkich uczestników!!!

Biegłem już w TOKYO gdzie było też naprawdę dużo kibiców ale tutaj to są tylko dwa miejsca gdzie nie ma wrzawy i kibiców- to dwa mosty – pierwszy na którym startujemy czyli Verrazano Narrows Bridge a drugi to Queensboro Bridge pomiędzy 23-26km, ale tylko nikogo tam nie ma ponieważ jest całkowity zakaz ze względu bezpieczeństwa. Po za tymi miejscami każdy metr chodnika przestrzeni jest wypełniony w głośno krzyczących ludzi z całego świata!!

Ale zanim stanęliśmy na starcie to w piątek wieczorem odbyła się parada wszystkich krajów jakie będą reprezentowane w biegu, a było w tył roku 127 narodowości !!!!! Niesamowite. Impreza naprawdę godna zobaczenia. Natomiast w sobotę odbywały się mistrzostwa USA na 5km najszybszych amerykańskim zawodników oraz na końcu bieg masowy dla reszty chętnych gdzie w tym roku pobiegło na odcinku 5km 11tysiecy ludzi.

Bardzo udana impreza gdzie osobiście byłem kibicem, ponieważ poranny trening zrobiłem właśnie w Central Parku i zakończyłem na mecie maratonu. Po treningu zostałem tam i byłem świadkiem naprawdę szybkiego biegania gdzie czołowa trójka finiszująca zmieściła się w jednej sekundzie!!! A u kobiet nie było już takich dramatycznych finishow ponieważ wygrała faworytka i obecnie najszybsza w tym roku na tym dystansie amerykańska gwiazda Molly Huddle.

Po wszystkich tych wydarzeniach udałem się do domu gdzie oddałem się całkowitemu wypoczynkowi i leżakowaniu, wieczorem wyszliśmy tylko na kolacje aby uzupełnić węglowodany i później do łóżka spać.

Tym razem nie spałem w hotelu, ale zostałem zaproszony do Artura Tyszuk prezesa największego polonijnego klubu biegowego POLSKA RUNNING TEAM. Zostałem ugoszczony przez Artura i jego żonę jak „elit zawodnik” !!!! U nas w Londynie nie spotyka się aż tak narodowej wspólnoty polskiej z jak się spotkałem tam w Nowym Jorku. Dlatego warunki podczas tego pobytu miałem najlepsze gdzie z góry dziękuje jeszcze raz Arturowi i Monice za takie ugoszczenie mnie.

Niedziela 5 Listopada 2017 godzina 5:00am obudził mnie zegarek ale muszę powiedzieć ze już od godziny czekałem już nie spiąć, to zrobiła różnica czasu oraz tej nocy w stanach przesuwali czas na zimowy wiec spaliśmy dłużej o godzinę a mi pierwszy raz w w życiu przyszło ze w ciągu jednego miesiąca spałem dwa razy dłużej o godzinę !!!!! 😂😂🤷‍♂️🤷‍♂️.

Poranne śniadanie plus woda z cytryna ubrani i przygotowani w ciepłe ciuchy zostaliśmy przetransportowani na wynajęty specjalnie dla nas autobus który kilkudziesięciu uczestników Running Team Polska w tym mnie odtransportował do wioski maratońskiej na linie startu która znajduje się na wyspie Staten Island. Pomimo ze start pierwszej grupy jest dopiero o 9:50am to już tam musisz być później o 6:30pm ponieważ zostaje zamknięty most po którym biegną uczestnicy a to jedyna droga dojazdu, wiec to duże wyzwanie dla wszystkich którzy musza się tam stawić. Oprócz autobusów można tam dotrzeć promem który przewozi uczestników. Ale sumując jest to w miarę skomplikowane punkt maratonu. Następna sprawa to wiosła maratonu gdzie ponad 50tys uczestników się zbiera i czeka na start. Cała infrastruktura która jest przygotowana to tylko tak może być w Ameryce !! Ponieważ czekają tam godzin 3-4 na start masz do dyspozycji wszystkie udogodnienia wraz z rozsypana słoma na której uczestnicy sobie leżą i relaksują. Są punkty żywieniowe, herbata, kawa, czekolada graca, żelki energetyczne i batony, izotoniki do picia, rozdają czapki , jest tego naprawdę dużo.

Wioska jest podzielona na 3 strefy- niebieska, zielona i pomarańczowa i tak też jest podzielony start gdzie najszybsi startują z niebieskiej strefy która jest jeszcze podzielona na fale i corale, później pomarańczowi i zieloni , godziny startu tez zróżnicowane zależnie od fali.

Mi przyszło startować tym razem w pierwszej fali z corala pierwszego czyli jak się dobrze ustawisz to możesz stać w pierwszym rzędzie zaraz za elita. I tak oczywiście zrobiłem gdzie nawet doprowadzenie nas ze strefy wioski na linie startu odbywało się w sposób spektakularny gdzie tylko Amerykanie mogą w taki sposób to zorganizować. Chcąc poczuć ducha tego największego wydarzenia maratońskiego oczywiście znalazłem się w pierwszej lini frontu 50 tysięcznej rzeszy startujących, co nie było łatwe do osiągnięcia ale szybkość i spryt pozwoliły ze znalazłem się zaraz za 12-stką najlepszych startujących zawodników jako elita tego dnia.

Zaraz przed startem odbyła się ceremonia otwarcia oraz został odśpiewany hymn amerykański gdzie na koniec wzmogły się owacje i gorące oklaski!!! Coś niesamowitego!! Flagi amerykańskie na każdym kroku wszędzie policjanci i wojsko, latające helikoptery, wszystko prezentowane w sposób z najlepszy. Takie rzeczy można zobaczyć tylko w filmach amerykańskich albo tutaj na miejscu na takich imprezach, gdzie człowiekowi skóra jeży się w każdym zakątku ciała!!!

9:52am i słyszymy potężny huk z armaty który dał sygnał do startu!!!! Wciskam zegarek i rozpoczynam swoją drogę po medal za którym zjeździłem prawie cała kule ziemską. Jest to ostatnia odsłona mojej misji która jeszcze w 2015 roku wydawała się niemożliwa do osiągnięcia i była magia a teraz wystarczyło przebiec spokojnie 42km195m i czekał na mnie specjalny medal kończący moja podróż maratonów świata.

Ale tak jak napisałem w blogu kończąc posta o Berlinie 5 tygodni temu że w tym biegu nic nie muszę bo w tym roku swoje zrobiłem i czas jaki osiągnąłem 2:42:13 to wielki wyczyn dla mnie- w 2013 zaraz po zakończonym moim pierwszym pół maratonie jakbym usłyszał ze kiedyś przebiegnie maraton i to w takim czasie to bym powiedziała ze prędzej zostanę prezesem PiSu za życia Kaczora niż osiągnę coś co dla zwykłego amatora i przeciętnego początkującego biegacza jakim jak jestem jest po prostu nie osiągalne nawet w myślach.

Ale także w tym poście napisałem że znają mój charakter nie uznaje maratonów aby sobie tylko zaliczyć i że napewno w Nowym Jorku pobiegnę szybko.

Ale ja sam nie spodziewałem się że zrobię to tak spektakularnie lub nie odpowiedzialnie, zależy kto jak nazwie że na połowe dystansu przewidywany czas ukończenia miałem na 2H33min 🙈🤷‍♂️.

Albo szaleniec mógł myśleć że to się powiedzie lub nazywać się Wiciak.

Ale już tłumacze- w sobotę rozpisałem sobie czasy i końcowy czas był 2:39:55 czyli życiówkę. I oczywiście dokładnie wiem i świadomy byłem że nie wolno nic zmieniać na lini startu i trzymać się planu ale teraz z perspektywy czasu muszę powiedzieć że nawet ten plan na 2:39 też by się nie udał bo kilka czynników było o których dobrze wiedziałem że nie zadziałają. Po pierwsze miedzy maratonami dwoma było tylko 5 tygodni różnicy, w Berlinie zrobiłem wielki skok w bieganiu i życiówkę na prawdę dużym poziomie gdzie przygotowywałem się do niej jak nigdy wcześniej, następnie w ciągu 5 tygodni ostatnich przebiegłem mniej niż na obozie w 14dni i to wiele mniej i następna rzecz to moja silna głowa była już tak bardzo zmęczona całym sezonem że odmawiała mi posłuszeństwa przez ostatnie 5 tygodni.

Wiec wszystkie znaki na niebie mówiły żeby pobiec na spokoju na 2:58 i z uśmiechem na ustach odebrać po co przyjechałem.

Ale wystartowałem zaraz za najlepszymi i rozpocząłem gonitwę na moście na którym jesteś totalnie odsłonięty, a wiatr wiał tak mocno że nie mogłem oddychać, a mi samemu wydawało się że stoję w miejscu!!! Jedynie co mnie dziwiło że cała elita wcale szybko się nie oddalała jak zwykle, tylko przez cały podbieg pierwsze 2km, oraz cały odcinek na tym moście biegli z przodu na wyciągnięcie ręki!!!

Dopiero na zbiegu po 3 kilometrach przyspieszyli na 3:04 i poszli do przodu normalnym tempem dla nich 🙈. Wiec biegnąc w miarę samotnie pokonywałem następne dwa km i zameldowałem się na pomiarze 5km 18min07sek i już miałem minutę za szybko do rozpisanych czasów na ręce, wtedy pomyślałem że jednak zwolnię po mogę tym tempem nie dobiec nawet do półmetka. I niby to zrobiłem ale zegarek nadal pokazywał mi pokonywane km 3:29, 3:26, 3:36,3:33,3:41 i tak dobiegłem do 10km 36min21sek !!!! Mówię sobie kurwa zwariowałem!!! W Berlinie miałem 38:27!!! Ponad 2 minuty szybciej na 10km!!! Dla tych co biegają wiedza że to kawał czasu!!!! Przecież ja jeszcze kilka miesięcy temu miałem gorszą życiówkę na 10km a tutaj na maratonie wale o 2min szybciej!!!

I wtedy po 10km Pan Wiciak mówi do swojego ciała że dziś dostanie prawdziwy sprawdzian i lecimy na zniszczenie!!!

Wszyscy amatorzy biegają na negatywie ponieważ chcą ukończyć bieg i świadomie biegną tak aby dobiec do mety i nie wydobywają z siebie od początku maximum jakie mogą ponieważ obawa że zaraz skończą jest większa.

Ja też tak dotychczas biegałem gdzie zawsze z rozwaga i zapasem i nigdy nie wykorzystałem moich możliwości na maxa. Ponieważ cele i zakładane czasy były poparte różnymi czynnikami które mówiły mi jaki czas mogę pobiec. Ale przesuwając swoją poprzeczkę i granice wytrzymałości robiłem to z rozwagą.

Dlatego po 36min biegu moje ciało już dostało tak po dupie że czułem się jakbym był na 40km maratonu ale naprawdę tak nawet w Berlinie nie czułem się na końcowych km gdzie pobiegłem bardzo mocna końcówkę. Nic mi nie pozostało tylko trzymać tak długo tempo aż się da!!!

Bo w tym momencie glikogen już z mojego organizmu zużyłem totalnie i ulotnił się, (jednak w tym tygodniu za mało naładowałem się węglami) i szybkie zapasy glikogenu w moich mięśniach i wątrobie się skończyły co dało się odczuć dość szybkim zmęczeniem, plus doszło większe niż normalnie zakwaszenie mięśni w tym momencie, wiec moje zniszczenia organizmu były nie odwracalne i zwolnienie tempa by nic nie dało.

Biegniemy dalej na 12km pokazuje 3:41 Wiec uważam ze zwolniłem 😂 i następny już przebiegłem 3:25/km!!! Oraz 15km tak samo 3:26🤦‍♂️🤦‍♂️🤷‍♂️🤷‍♂️

Właśnie tutaj na 15km przebiegam w czasie 55:01!!!!! W Berlinie było 57:50!!!!🤦‍♂️🤦‍♂️

Wiec na 15km mam prawie 3min szybciej!! Jestem już naprawdę zniszczony, odczuwam bóle nóg i przebiegnięty dystans ale nie myśle że to dopiero początek i jedna trzecia biegu. Walczę dalej, myśle sobie co kiedyś mi mówił Mariusz Giżyński jak On przeżywa katusze i boleści i jak go boli jak biegnie na życiówkę na wyniszczenie. Dlatego tłumacze sobie że to ma bolec nawet żeby bolało bardzo bardzo, nie lubię się z czegoś wycofywać a że boli to nie oznacza żeby się poddać, nasza głowa będzie wysyłać różne sygnały do ciała aby te zaczęło bolec i daje nam sygnały żeby zwolnić lub stanąć i skończyć te katorgi. Ale nic z tego zaciskam zęby próbuje wyrównać oddech i lecę dalej.

Dobiegam do Greenpoint przy Puławski Bridge 13- sta mila i polska stacja wody plus pizza i inne mocniejsze ocieplające drinki 🥃🍹przecież to stacja POLSKA wiadomo że takie sprawy to tylko u nas👌💪. Oprócz tego pełno polskich flag i balonów i piękne dziewczyny podające wodę i izotoniki. Ja osobiście wbiegając tam czekała na mnie osobista grupa serwisantów 🙈🙈 Piotr Cypriyanski i Artur Tyszuk, którzy podają mi przygotowany specjalny eliksir życia ale jak już wiemy w tym momencie nic mi wstanie nie było pomóc!!!!dopingują mnie i to pomaga !!!

Wziąwszy butelkę z płynem wbiegam ostro na most gdzie mijam półmetek dokładnie 13.1mili czas 1:18:19!!! Proszę mi wierzyć że moja życiówka jeszcze dwa miesiące temu była 1:22:07!!!!! A tu zostało jeszcze tyle samo do pokonania a co później się przekonałem to była ta łatwiejsza połowa gdzie pokonałem dopiero jeden most i to na którym startowałem świeży a tutaj totalnie zmęczony czekały mnie jeszcze 4 sztuki i trasa z długimi podbiegami.

Ale zabawa trwa dalej a ja bawię się w białego Kenijczyka i zapier…lam na ostatnich oparach jak 40letni landrover sąsiadki z naprzeciwka🤦‍♂️,

….dobiegam do strategicznego miejsca w tym maratonie- Queensboro Bridge, proszę zapamiętać ten most jeśli się wybieracie do NY na maraton QUEENSBORO BRIDGE!!!!!

Żeby nie było nie jasności ze nie wiemy jak wyglądał albo że nie uprzedzałem !!! Dodaje zdjęcie 🙈.

Długość mostu ponad 3km, długość podbiegu 3km🙈🙈 bo nawet jak jest zbieg to tam jest pod górę!! Możecie zapytać każdego kto tam biegł i nie ważne czy nazywa się Wiciak czy Kipsang czy Kopeć, każdy odczuwa to samo.

Wbiegam na most długi długi podbieg i cisza jak makiem zasiał!!! Zero duszy, jesteś sam i słyszysz tylko krok za krokiem, słyszę każde uderzenie jak moje Continentala podeszwy z bostonów dotykają co chwile asfaltu!! Można dostać paranoi!! W połowie mostu punkt pomiaru czasu 25km gdzie wyniszczony mijam z czasem 1:34:35 w Berlinie ponad 2 min było wolniej. Jest to moment gdzie chce się zatrzymać i usiąść i już nie biegnąć!!!! Próbuje różnych sztuczek aby oszukać swoją głowę i próbuje nie zwalniać i dalej biegnąc ale 26km pokazuje mi pierwszy raz 4:02/km totalna klapa i załamka!!’ Podejmuje próbę przyspieszenia jest trochę górki plus wybiegam w 1St Avenue gdzie ogrom kibiców czeka i krzyczy jakby czekali na krew walczących gladiatorów !!! Km 26 oddaje i 3:30, następny 3:48 mówię sobie może się uda, może się zbiorę !!!

Ale przychodzi 28km i następne dwa gdzie na 3km jednostajnym podbiegu wyniszczają moje nogi totalnie!!!! Nie chcą biec, kurwa krzyczę!!! Jeszcze trochę tłumacze wstrzymajcie do 35km proszę!!! Ale boli, strasznie boli!!! Głowa chce, ja chce kibice rzeczą i chcą ale moje nogi już skończyły bieg, moje ciało już skończyło się !!!! Nie ma nic!!! Wyglądam jak trup!!! Mijam 30km jestem pokonany, wykończony i biegne i płacze z bólu!!! Ale mówię sobie będę pełzał a się nie zatrzymam, będę robił wszystko ale nie przejdę do marszu nie dziś!!!! Będę biegł i nie ważne jak szybko ale będę biegł!!! Następne kilometry to 4:07,4:09,4:16,4:33,4:18,4:18 i tak dalej człapie… w tym momencie to nie jest dla mnie bieg to walka krok za krokiem. Dobiegam do 38km i tutaj następna próba że jednak się zatrzymam albo będę szedł!!! Ale podejmuje próbę liczenia ile mi zejdzie iść przez ponad 4km i okazuje się że wole biec wolno w bólu niż iść w bólu, ale kryzys mija lekko i na 39 i 40 i 41 km odzyskuje lekki wigor i biegnę z bólem ale odeszły mi myśli abym zejść z trasy, może to magia Central Parku bo właśnie na 39km tam wbiegaliśmy i biegliśmy nim przez 3km następnie wybiegliśmy na chwile na 34th south wzdłuż parku gdzie znowu cały kilometr był podbiegu i na ostatnie 600m wybiegam do parku ponownie i lekko z górki pomiędzy flagami wszystkich biegnących narodów ustawionymi po bokach trasy, zmierzam zniszczony totalnie który wlecze swoje nogi niczym wojownik słaniający się na nogach ciągnie swój miecz po ziemi!!!

Przebiegam punkt 26mila zostaje 200 yardów !!!! Ostatnie dwieście jardów już mi nie robi różnicy że jest ostro pod górkę, czy to ma znaczenie? Przecież dziś przeszedłem przez piękna walkę dnia, walkę życia, bo tak jeszcze nigdy nie biegłem i tak jeszcze nigdy nie walczyłem bo można walczyć z bólem i go znieść ale najgorsza jest walka z NIEMOCĄ a taka właśnie miałem i odczuwałem od 26km !!!

Przebiegam przez linie mety i unoszę ręce do góry !!! Bo wiem że dziś wygrałem z samym sobą z moim ciałem które pozostało tam na Queensboro Bridge a moja dusza przybiegła tutaj na linie mety. Podchodzę dalej, opuszczam głowę aby został mi nałożony medal po który biegłem jak nigdy dotąd, jedni powiedzą ze jak głupiec, amator ale ja wiem że takiego biegu potrzebowałem, takiej lekcji bólu i takiej próby !!! Jeśli chcesz być silny i osiągać w życiu rzeczy nie możliwe trzeba podejmować próby niemożliwe. Nauka jest najlepszym sposobem na osiągniecie celu ale wtedy jeśli wyciągnie się z niej dobre wnioski.

Ja mam nadzieje ze będzie tak w moim przypadku.

Ale na jednym medalu dziś maraton się nie skończył ponieważ czekał na mnie drugi który kończy pewny etap w maratonach moich bo misja jakiej się podjąłem dobiegła końca!!

Przebiegłem 6 największych maratonów na świecie!!!! Jestem jednym z niecała 2 tysięcy ludzi na świecie co tego dokonali do tego dnia !!!! Przebiec maraton i ukończyć to przeżycie niesamowite!!! Przebiec i ukończyć sześć największych maratonów na trzech różnych kontynentach to naprawdę dla mnie wielkie osobiste wydarzenie.

LONDON 3:26 – można powiedzieć ze pierwszy normalnie przebiegnięty maraton w życiu

TOKYO 3:17- niesamowita wyprawa, niesamowita kultura. Jedna z najciekawszych moich maratońskich wypraw.

CHICAGO 2:58- symboliczny maraton ponieważ to właśnie tam złamałem pierwszy jak ważna barierę 3 godzin!!

BOSTON 2:57- najstarszy, historyczne miejsce dla maratonów. Pomimo ze przez kontuzje nie mogłem się do niego przygotować to mój najszczęśliwszy bieg jaki kiedy zrobiłem. Takiego uczucie nigdy i nigdzie nie miałem podczas biegu. Napewno tam wrócę i pobiegnę tam jeszcze raz.

BERLIN 2:42:13 PB – tutaj nic dodać nic ująć. Bieg życia do tej pory ale wynik oczekiwany ponieważ tak jak się przygotowałem pod ten maraton to jeszcze tak nigdy nie byłem. W tym biegu wszystko kontrolowałem od pierwszego km do końca. Wyrachowanie i profesorskie biegniecie na czas. Fajne przeżycie.

NEW YORK 2:51 – wszystko już chyba napisałem o tym maratonie, może prawie wszystko bo jest on taki przeogromny że mógłbym napisać książkę o nim. Takiego biegu jeszcze nie przeżyłem jeśli chodzi o emocje sportowe. Tutaj mogę powiedzieć że dałem z siebie wszytko co miałem tego dnia. Nie, nie prawda !!! Dałem tutaj tego dnia z siebie 200%!!! Tu też wrócę jeszcze aby rozprawić się z Queensboro Bridge.

I tak ukończyłem 6 Abbott World Marathon Majors !!!!

Misja dobiegła końca. Koniec roku biegowego uważam za zamknięty. Teraz oddaje się na odpoczynek zasłużony i nie chce słyszeć o bieganiu przez najbliższe pare tygodni 🤦‍♂️🏃🤷‍♂️.

Do usłyszenia niedługo

Chris Wiciak

Aby dotrwać do końca sezonu…

Zostało mi 5 dni sezonu biegowego który zakończę maratonem w Nowym Yorku.

Jestem już naprawdę zmęczony fizycznie jak i psychicznie i czekam aby było już po.

Ale na podsumowanie przyjdzie jeszcze czas a teraz chciałem się podzielić jednym małym wydarzeniem które odbyło się ostatniej niedzieli 28th October.

Był to bieg na 10km gdzie pomimo mojego mniej intensywnego treningu miałem pobiec w trupa, czyli dać z siebie ile można w tym dniu.

Zanim ruszyłem z lini startu muszę wspomnieć że ostatnie 4 tygodnie po Berlińskim maratonie to czas odpoczynku i naprawdę delikatnego biegania z dwoma szybszymi akcentami gdzie nie wytrzymałem tempa i nie zrobiłem całego treningu i co z tym się wiązało był widoczny spadek formy.

Tydzień prędzej 20th w sobotę pojechałem na klubowe zawody sztafetowe 4x5km które odbywały się z trialowych warunkach czyli trawa,błoto i podbiegi.

Trasa okazała się dla mnie mordercza, a ze pierwsze dwa km przebiegłem w tempie 3:11 i 3:15 to do końca trasy ledwo dobiegłem bo tak mnie ścięło na 3 km ze nie miałem siły biec szybko. Przybiegłem po 15min30 sek (4500m się okazało) i byłem tak zmęczony jak po żadnym maratonie takiego czegoś nie czułem.

Wiec ostatniej niedzieli jadąc na te 10km za bardzo nie spodziewałem się fajerwerków ale miałem dobre przeczucie ponieważ w piątek wieczorem na treningu zrobiłem 4km szybkich jednostek gdzie biegłem po 3:25-3-20/km i dobrze mi się oddychało i kontrolowałem tempo.

Wiec stając na starcie byłem przekonany ze pomimo długiego sezonu zbiorę się jeszcze raz na moje wyżyny i pobiegnę dobrze równo co mi przyniesie poprawienie trochę mojego jakże słabego czasu na 10km 36:34🙈🤦‍♂️🙈🤦‍♂️

Wimbledon Common 9am: start i poszliśmy.

Na początku ustawiłem się jako trzeci i obserwowałem jakie tempo narzucą. Przeważnie jest to szybciej, bo się niektórzy wyrywają ale tym razem było spokojnie bo pierwszy km 3:26min/km, trasa na drugim lekko w dół i z automatu przyspieszamy i 2km pokazuje 3:16/km- szybko myśle ale tłumacze sobie ze z górki. Trzeci i 4 km wychodzą po 3:18/km. Wtedy odpada jeden i pozostaje nas dwóch. Następny 5 i 6km lecimy po 3:26-3:30/km, ale po 7km wyrasta nam długi 1km podbieg !!! Myśle sobie podbieg i na zbiegu odpocznę i będę próbował zostawić gościa za sobą.

Ale okazuje się ze na podbiegu klient mi uciekł na 25m ale ciśnie dalej. Wybiegam na górę zegarek pokazuje 8km 4:00/km wiec w głowie się kotłuje i jedyna myśl żeby przyspieszyć jak najmocniej na ostatnie 2km.

Zamiast zbiegu okazuje się że jest cały czas płasko już do mety, trochę mnie to rozczarowało ponieważ na podbiegu naprawdę dużo z siebie dałem i teraz okazuje się że nie mam aż tyle siły żeby przyspieszyć do 3:20/km.

Ale na tym 9km dostaje dodatkowego bodźca ponieważ doganiam gościa i go zostawiam z tyłu. 9km przebiegam po 3:35/km i próbuje lekko przyspieszyć na ostatnim km.

Na 400m do mety oglądam się za siebie widzę ze mam gdzieś 30-40sek przewagi i wiem ze to dziś jest ten dzień!!! W którym pierwszy raz wygram bieg !!!!

Niby śmieszna sprawa i mało znacząca ponieważ takich biegów gdzie startuje 500-800 osób jest co weekend dużo ale osobiście dla mnie człowieka amatora który rozpoczął dopiero bieganie jest to dodatkowy punkt motywacyjny a zarazem ogromna radocha oraz daje mi kopa na następny rok do dalszych treningów.

Ja wiem że mistrza ze mnie nie będzie ale ja ambitny człowiek jestem i rywalizację w krwi mam, wiec jak się nadarza możliwość rywalizacji to staram się brać udział i dać z siebie wszytko co najlepsze.

Po biegu wręczenie nagród i okazuje się że zgarnąłem dwa puchary ponieważ w kategorii V40 tez mi się należy 😂, do tego doszła mała nagroda pieniężna też pierwsza kasa jaką wygrałem przez bieganie💪🤷‍♂️.

Żona się śmiała że musiałbym wygrać z 500 takich biegów aby się zwróciło mi to co pochłonęły moje zawody, wyjazdy, obozy etc.

Nic, nie kasa jest najważniejsza w życiu ale rzeczy które przynoszą nam radość.

Czas jaki ukończyłem bieg tez był zadowalający bo zredukowałem go do 34min58sek co napawa mnie przekonaniu że 33min nie są aż tak daleko i niemożliwe jak by się wydawało rok temu.

Ponieważ co kiedyś było dla mnie sufitem jest teraz podłogą, na której coraz pewniej się czuje. 🤷‍♂️🤷‍♂️

W Piątek 3-ego Listopada melduje się na Manhattanie gdzie w spokoju spróbuje jeszcze raz w tym roku uruchomić swoją głowę aby przebiec z radością i w miarę komfortowo ostatni bieg roku.

Po nim spróbuje podsumować mój rok biegania w którym była radość, płacz, kontuzje i piękne i szybkie bieganie ale to dopiero za tydzień.

Teraz pakuje się i za ocean, weekendowy wypad po to co kiedyś mogłem tylko oglądać w Tv a teraz będę jednym z uczestników.

Marzenia się spełniają 👌💪🏃

Chris Wiciak

Berlin Marathon 2017 The best of the best

702693_261291303_XLarge

25th km maratonu….skupienie i koncentracja 

….dobiegam do 40km biegu spoglądam na zegarek 2:34:07, obracam nadgarstek lewej ręki i odczytuje rozmazany napis 2:34:00…w jednej chwili uśmiecham się szeroko do siebie, i pomimo ze ostatnie dwa kilometry przebiegłem w tempie po 3:38mim/km to próbuje jeszcze przyspieszyć, wyprzedzam już zmęczonych na trasie innych biegaczy jeden po drugim co jeszcze bardziej mnie napędza i cieszy. Zostały mi tylko dwa zakręty jeden w prawo następnie kilkaset metrów i w lewo na ostatnia prostą. Dobiegam do 41km, odczuwam już przebiegnięty dystans w nogach ale przyśpieszam jeszcze bardziej kiedy wybiegam na długą prostą, 800m do mety!!!

Wiem ze dobiegnę w zakładanym czasie co do minuty to jednak zapier..lam nogami szybko i jeszcze szybciej, nie oszczędzam się na tych ostatnich metrach.

Na 600m przed meta przebiegam pod pompowaną reklamą gdzie na drodze stoi DJ z mikrofonem i wykrzykuje moje imię i dopinguje jeszcze bardziej, słyszę wrzaski i oklaski zgromadzonych kibiców, obracam się do nich i klaszcze i dziękuje ale pomimo tego biegnę…. tak szybko jeszcze nie biegałem nigdy, a to ostatni km w maratonie. Później okazuje się ze przebiegłem ostatni kilometr w 3min24sek

Niesamowite jak rozłożyły mi się siły że od 30km tylko przyśpieszałem i ani razu nie zwolniłem i w tym okresie wyprzedziłem kilkadziesiąt osób.

Do samej mety finiszuje naprawdę mocno, wybiegam na metę, zatrzymuje zegarek 2:42:14 później okazuje się oficjalny o sekundę szybciej. Jestem spokojny i opanowany, zmęczony ale nie wykończony. Spokojnym krokiem idę w stronę medali po odbiór tego na którego ostatnimi czasy pracowałem naprawdę ciężko!!

Odbieram medal z rąk ładnej młodej niemieckiej dziewczyny. Moja misja tutaj się kończy, ale ja nie chce kończyć tutaj pisania i zacznę od początku…🙈🙈

Przygotowując się do tego maratonu miałem dwa cele aby całe przygotowania przebiegły bez poważnej kontuzji, a drugi cel to aby moc się tak przygotować aby pobiec na 100% moich możliwości i zejść z średnim czasem na km poniżej 4min. Co by dawało czas 2h48min Wiedziałem ze stać mnie na taki rezultat bo za każdym razem jak się przygotowywałem to coś nie grało lub jakaś kontuzja zakłócała moje przygotowania.

Tym razem wszystko szło naprawdę dobrze i pierwsze 7 tygodni przygotowań to ciężka praca która przygotowywała moje ciało do coraz większych przeciążeń oraz kilometrażu tygodniowego gdzie rozpoczynałem od 80km a kończąc na rekordowym tygodniu 215km. 🙈🙈

Po 7 tygodniach zacząłem czuć że jest dobrze i że moje bieganie idzie w dobrym kierunku.

A w sierpniu czekał na mnie 2 tygodniowy obóz w szwajcarskich alpach.

Według mnie to właśnie te 14 dni w St. Moritz odmieniło moje bieganie. Nie odbyło się to od dotknięcia zaczarowanej rożki bo przebiegnięte kilometry tam oraz morderczy trening i intensywność oraz wysokość na jakiej trenowałem musiały dać efekt.

Do tego doszły porady i treningi z Mariuszem Giżyńskim.

Na tym obozie moja pewność siebie rosła

z dnia na dzień, moc jaka zacząłem czuć w drugim tygodniu obozu była zauważalna w każdym aspekcie treningu.

A wisienką na torcie to był bieg w pół maratonie w niedziele zaraz po przyjeździe ze Szwajcarii.

Trener Slezak napisał w dzienniczku treningowym: Chris łamiemy 1H20min!!!!hmm

Ja w tym momencie już złamałem to w głowie, i było mi mało, powiedziałem sobie 1H18min to minimum i pobiegłem naprawdę najspokojniejszy mój bieg na 21km 1h16min59sek!!! Ze średnia 3:38min/km Niesamowite.

Po pół maratonie przypadkiem pojawiłem się w lokalnej gazecie 

n bieg, ten czas i w jakim stylu go osiągnąłem dał mi takiego powera i pewności siebie i wiedziałem ze tylko kataklizm może spierdolić mi mój maraton w Berlinie.

Założenia były takie jeśli będzie 1:18 na połówce to będę próbował łamać 2:45 w maratonie ale wynik 1:16 dał mi mętlik w głowie trochę ponieważ nie chciałem przesadzić z tempem i robić duży przeskok z ostatniego maratonu ale w ostatnim tygodniu podjąłem decyzje ze pobiegnę na czas który kiedyś sobie życzyłem ze na 42-gie urodziny przebiegnie maraton w 2:42. Poważnie tak sobie marzyłem, wiec jak poczułem ze przyszła taka okazja to dlaczego jej nie wykorzystać.

Dlatego po przyjedzie do Berlina w Piątek wieczorem rozpisałem sobie cały maraton i nauczyłem się tych czasów na pamięć.

W sobotę rano przebiegłem 7km na pobudzenie następnie odebrałem numer, spotkałem ze znajomymi i udałem się na odpoczynek.

Rano wstałem o 6am zjadłem 2 jajka i banana z masłem orzechowym, kawa i gotowy do biegu pojechałem samochodem na start.

Stres dopiero mnie dopadł na 15min przed startem zaraz po rozgrzewce gdzie w kolejce do toitoja stałem 13min i wychodząc wskoczyłem w sector A na 90sek przed startem 🙈🙈🙈.

Ale spokojnie zdążyłem na prezentacje trzech najszybszych maratończyków na świecie którzy stali w pierwszym rzędzie.

9:15am i wystartowaliśmy, pierwsze kilometry jak zawsze wszyscy biegną za szybko i wyprzedzają się na wzajem.

Pierwsze 10km spokojnym tempem osiągnąłem pomiar czasu 38min, na 20km mijałem punkt pomiaru w czasie 1h17min ale na połówce maratonu 1h:21min poczułem się naprawdę źle. Ciężko zaczęło mi się oddychać i poczułem zmęczone nogi, strasznie dziwne uczucie bo to był dopiero 21km. Pomyślałem żeby może wziasc pierwszego żelka ale po chwili zastanowienia na 22km wziąłem tabletkę przeciwbólową pod język i po 2km przestało mi dokuczać, poczułem się ponownie dobrze, na 25km wziąłem pierwszy żelek, popiłem woda i przyspieszyłem.

30km pamietam ten czas zawsze najdokładniej, bo to w maratonie taka magiczna liczba. Każdy się jej obawia dlatego ja tym razem planowałem ze mijając ten punkt zacznę przyspieszać. Wiec wziąłem drugiego żelka następnie spojrzałem na zegarek i widzę 1h:55min i Wszytko idealnie tak jak napisałem na ręce.

W tym momencie zacząłem mijać ludzi, jeden po drugim, ogólnie zauważyłem że biegnący ze mną lub przedemną zaczynają zwalniać lub mieć problemy już od 28km. Im dalej biegłem tym więcej ludzi jednak odczuwało skutki tego morderczego dystansu i zwalniało albo stawali i szli bo skurcze ich dopadały.

35km zażywam ostatniego żelka i pokonuje kilometry w czasie 3:37, 3:38,3:42 dobiegam do 38k. Hmmm bardzo osobisty to dla mnie kilometr i miejsce właśnie tutaj w Berlinie ponieważ tutaj na tym km i na tym punkcie wodnym w 2013 roku tak złapały mnie skurcze ze leżałem pod stolikami i nie mogłem wstać z bólu!!!

Ale nic tym razem się nie wydarzyło, jedynie co zrobiłem to spojrzałem na lewa rękę swoją i na napis na niej – MOOOC !!! Wziąłem dwa palce i przyłożyłem do napisu aby poczuć coś co nie każdy może rozumie mojego zachowania,a ja nie chce tłumaczyć.

Powiem tylko że jak potrzebowałem pomocy i czegoś dodatkowego to właśnie ten punkt wypisany na ręce był i służył właśnie do takich chwil że poprzez dotyk wyzwala

w sobie jeszcze więcej siły!!!’ 🙈🙈🙈🙈działa !!!!

Pomogło bo do 40km dobiegłem zmęczony ale naprawdę zadowolony ……..

Reszte już znacie … 🙈🙈🙈

Sumując- pierwszy raz przygotowania do maratonu odbyły się w 95% bez zakłóceń. Mogę napisać ze nie miałem kontuzji ani dłuższej przerwy w treningach. Wykonałem wszystkie zakładane i rozpisane jednostki treningowe- tutaj największy ukłon do Piotra Slezaka za trud jaki włożył w rozpisywanie moich treningów i analizę ich i dopasowywanie poddemnie. Przez 12 tygodni przygotowań przebiegłem 1396.4 kilometrów i wykonałem 91 jednostek treningowych, odbyłem mordercza prace w St.Moritz, gdzie przebiegłem 367km w 14dni i spewnościa w następnym roku tam wracam i będę chciał zabrać kilku odważnych którzy wraz ze mną wspólnie będzie się przygotowywać do swoich imprez, bo w kupie jest siła.

Nie mogę tu ominać bardzo ważnej kwestii jaka jest żywienie i dieta i że przez ten cały okres byłem monitorowany i miałem ułożony plan żywieniowy dokładnie rozpisany na poszczególne posiłki i dni oraz full suplementacja oparta na moich badaniach krwi, wszystko pod okiem najlepszej specjalistki w sprawach żywieniowych Doroty Silarskiej.

Wiec ostatnie 12 tygodni podporządkowałem tylko pod ten jeden bieg, gdzie nie było łatwo połączyć i zgrać z moja intensywna pracą zawodowa która pochłania mi więcej czasu niż norma wskazuje a treningami i rodziną która już chyba się przyzwyczaiła do mojego konsekwentnego trybu treningowego.

I co dalej teraz??? Czy osiągnąłem szczyt swoich marzeń??

Nie.

Bo to nie marzenia tylko cele które sobie sam wyznaczam, ale  to całe moje bieganie to przede wszystkim bardzo dobra próba charakteru,

bo …

„ bieganie ma taki wymiar, jaki mu nadajesz…” W tym tygodniu odpoczynek i lekkie bieganie, w następnym tygodniu próba zrobienia życiówki a 10km i przygotowania pod New York Marathon 5th Listopada.

Tam nie spodziewam się PB ponieważ topografia terenu bardzo trudna, ale napewno pobiegnę szybko i na maxa swoich możliwości bo inaczej nie umie. Charakter mój nie pozwala inaczej, a ogólnie nie pochwalam jak się mówi żeby maraton sobie przebiec treningowo.

Wiec do usłyszenia już w listopadzie.

Chris Wiciak lat 42 z czasem 2:42:13!!!  ;-))

  

ST.Moritz …..magiczne miejsce dla biegaczy.

Na ten obóz czekałem z utęsknieniem i odliczałem dzień za dniem do wyjazdu.  To moja pierwsza wyprawa na takie wysokości w bieganiu i byłem ciekaw jak zachowa się mój organizm i jak poradzę sobie sam bez grupy biegającej ze mną. Co prawda był na obozie Mariusz Giżyński ale to tak jakbym chciał biegać z MoFarah hehe, ale nie powiem kilka treningów zrobiliśmy.

Na obóz wybrałem się samochodem ponieważ mogłem zabrać wszystkie przyrządy do ćwiczeń oraz jedzenie które w Szwajcarii jest droższe niż w Londynie co pozwoliło mi obniżyć koszty pobytu.

Do Szwajcarii przybyłem już w piatek w południe gdzie po drodze odwiedziłem siostrę i szwagra pod Zurichem i tam przeprowadziłem pierwsze dwa treningi. Następnego ranka udałem się do miejsca docelowego jakim było St.Moritz.

Ostanie 50km do St.Moritz to najlepsza przyjemność jazdy, ponieważ dawno takich pięknych widoków nie podziwiałem. Piałem się serpentynami w górę na przełęcz Julierpass prawie 2300m, następnie w dół do miasteczka. Po drodze mijałem piękne 3 jeziora które rozcieraja się na długości 20km.

Same st.Moritz urzeklo mnie od pierwszego kontaktu wzrokowego, czegoś takiego dawno nie widziałem. Miasteczko położone nad jeziorami, a wokół  otaczajace wysokie skaliste u szczytów góry!!!! Mógłbym godzinami tutaj biegać i enjoyować sie pięknymi widokami.

IMG_2149IMG_2059

Jak dotarłem na miejsce to jedyne co chciałem zrobić to ubrać buty i iść pobiegać, bo już nie mogłem się doczekać. Wiec szybko się rozpakowałem, co nie było proste ponieważ troszkę rzeczy miałem.

Szybka wprowadzka do pokoju i ubrałem buty i wyruszyłem w pierwszy dziewiczy bieg…hhehe ..na początku wolno aby zobaczyć jak się oddycha jak samopoczucie. Ale o dziwo biegło mi się dobrze, i co się okazało w miarę szybko jak na trucht. Pierwsze km jakie zrobiłem to jak radość dziecka z nowej zabawki dopiero kupionej!!! Biegłem i chciałem podskakiwać do góry, może to śmieszne ale ja się nasłuchałem tyle o tym miejscu od ludzi którzy na codzień się zajmuja profesjonalnie bieganiem, że to najlepsze miejsce do biegania w europie i jeśli przygotowywać się do czegoś ważnego to tylko St.Moritz. To tutaj kilka tygodni przed moim przyjazdem przygotowywała się cała śmietanka najlepszych lekkoatletów przed Mistrzostwami Świata w Londynie, dlatego biegając teraz tutaj mogłem się poczuć przynajmniej przez te dwa tygodnie jak Pro biegacz który szlifuje swoja formę  na najważniejszy start roku. W moim przypadku będzie to maraton w Berlinie 24th Września.

Będąc tutaj już w pierwszy dzień złamałem swoja zasadę że nie trenuję z telefonem przy sobie. Trening dla mnie to bardzo ważne wydarzenie na którym zawsze koncentruje swoja cała uwagę i nie potrzebuje dodatkowych nośników poza zegarkiem. Ja musze się skoncentrować na oddechu podczas biegania na każdym elemencie treningu i obecność telefonu albo słuchawek bardzo mi przeszkadza w takich rzeczach. Ale dziś nic mnie nie powstrzymało od złamania mojej zasady i pomimo że mój iphone jest bardzo duży zabrałem go ze soba na trening w celu uwiecznienia tego wydarzenia. Praca z samo-wywoływaczem zawsze mi dobrze szła i za pierwszym strzałem kamery ująłem esencje całego St.Moritz, przepiękne błękitne jezioro z przezroczysta woda a nad nim wyłaniaja się szczyty urodziwych Alp Szwajcarskich.fullsizeoutput_ba6

„(nagrane po jednym z pierwszych treningów)”

Jadac tutaj chciałem poczuć magie tego miejsca.

Czy poczułem???  myśle ze już po 3-4km wiedziałem że decyzja aby nie jechać na obóz do Szklarskiej z grupa Slezak Team a wybrać St.Moritz była trafna w 100% choć nie przyszła łatwo.

Mój kortyzol i adrenalina były u szczytu!!! I takiego kopa mi dawały ze pierwsze 5km biegłem pod góre nachylenie z 7% i nie chciałem zwolnić, tylko ciagłem do góry jak głupek hehe. Trening zakończyłem po 11.5km i był to mój najszczęśliwszy bieg treningowy jaki odbyłem sam.

Poddałem sie podczas tego biegu magi tego miejsca i płynąłem przebierając nogami nie zważając co zegarek pokazuje, a mówili i przestrzegali żebym uważał bo może zatkać bo góry i wysoko, ale nie myślałem wtedy jak biegłem o tym. hehehhe

Nie zamierzam tutaj opisywać każdy mój trening lub dokładnie dzień bo musiałbym pisać i pisać. Ale przedstawię wam jak wyglada mój typowy dzień na takim obozie.

Dzień rozpoczynałem o 7:45am

8:15am  breakfast – większości było to 4 plastry bekonu i 4-5 jajek sadzonych plus zielone warzywa, roszponka

10:30am -11am wchodziłem na pierwszy trening, przed wyjściem było oczywiście rozciąganie i rożne ćwiczenia

12:30pm jadłem Lunch – lekki czyli zielone świeże warzywa, lub warzywa pieczone plus salmon

13:30-16:00 odpoczynek plus drzemka

16:30-17:00 drugi trening

18:30 siłownia na której robię rozciąganie i ćwiczenia stabilizacyjne lub basen z masażami wodnymi, wszystko zależne jaki treningi miałem danego dnia

20:00 dinner – tutaj ładowałem się węglami (makarony, ryż,quinoa,kasza) plus mięso wołowe, lub indyk. Tym razem nie jadłem ani razu kurczaka, bez powodu, bez przyczyny.

21:00 już leżałem w łóżku i relaks i odpoczynek.

IMG_1562Moja rozpiska dnia wisiała na ścianie.6BE82A54-5C34-4F58-A535-96590265C76D

Jeśli chodzi o trening biegowy to w pierwszym tygodniu biegałem rano sesje cięższe czyli interwały, lub 3x3km lub 10x 1km lub 28-30km z narastająca szybkość, przeważnie było to kilometraż 18-24km, wieczorny trening to o wiele łatwiejszy gdzie spokojne bieganie było i to tylko 10-12km w tempie wolnym 4:50-4:30/km. Jednak najbardziej mnie jarały biegi ciężkie, gdzie biegłem 30km z tym że ostatnie 20km to już w tempie poniżej 4:00/km a ostatnie 8-10km to już po 3:45-3:35/km czyli jak na obecna chwile to dla mnie bardzo szybko.

Następny trening jaki przypadł mi do gustu to 3x3km 3:40-3:35/km z przerwa 4min  trucht plus 3x1km 3:30-3:20/km przerwa 3min trucht. Wszystko w jednym ciagu gdzie wychodziło ponad 22km wszystkiego razem z początkowymi rozgrzewającymi kilometrami.

W pierwszym tygodniu czekałem na dwie rzeczy, pierwsza to kiedy pójdę na trening z Mariuszem Giżyńskim a drugi to kiedy pobiegam po tracku na stadionie interwały heheheh…takie małe rzeczy a ile radości.  Pierwszy trening z Mariuszem wsadzę fragment z mojego pamiętnika obozowego:

Wtorek 22/08/17

…dziś piękny dzień od samego rana, słońce i błękitne niebo!! Pobudka standartowo o 7:45am i śniadanie syte: zielenina z boczkiem i 5 jajek sadzonych plus 1L wody ciepłej z cytryna. Chwila relaksu do 10:30am i czas na rozciąganie i wyjście na trening..

  • pierwszy trening to 20km w tym 12km zakres II 3:50-3:55min/km później dodałem 5x 1min sprint w tempie 3:08min/km 

….biegało mi sie naprawde dobrze , nogi podawały i kilka sekund  za szybko dzis było na każdym km ale bardzo udany trening. Tętno było w normie jak na obecna chwile. 

  • wieczorny trening miał być 10km spokojnie, ale na obozie jest też Mariusz Giżyński jeden z najlepszych polskich maratończyków , nasza polska gwiazda dla takich jak ja zwykłych ludzi próbujących coś tam dreptać każdego dnia to spotkanie kogoś takiego i możliwość treningu wspólnego to więcej o co prosiłem :-)).Wiec miałem lekkie wybieganie z nim, wyszło trochę szybciej niż miało być bo „truchtaliśmy” po 3:55-4:05min/km,  tzn on truchtał a ja biegłem hehe.
  • …Po 10km poszliśmy na stadion i na bosaka zrobiliśmy kilka okrążeń po trawie plus rozciąganie „technika Mariusz Giżyński”  i do tego 10x sprinty 100m/100m rest  i na koniec mrożenie mięśni w strumyku lokalnym przy boisku. Piękna sesja treningowa, mógłbym z nim trenować każdego dnia. Samo rozciąganie które u większości amatorów strasznie kuleje bo albo się nie rozciągamy albo robimy to w bardzo zły sposób nawet nie wiedzac o tym. Przy takich ćwiczeniach wystarczy zła pozycja bioder lub ułożenie nogi i ćwiczenie dane jest technicznie źle robione. Wiec dobrze wiedziałem że jak mam brać coś dobrego z tych spotkań z Mariuszem to właśnie takie rzeczy które robimy razem i w których mam największe braki.  Następny trening z nim już za kilka dni, już się nie moge doczekać.  

To był fragment z moich dziennych skryptów.

Stadion w St.Moritz -magia troche wokół tego miejsca jest i odczułem osobiście na swojej skórze. Odbyłem tak kilka sesji treningowych z interwałami, podczas których dostawałem zawrotów głowy i odcinało dopływ powietrza totalnie!!! Ale tak się dzieje jak taki amator jak ja próbuje biegać 800m lub 600m interwały w tempie 3:08min/km to wtedy musi zatkać. Ale taki ciężki trening napewno mi pomógł niż zaszkodził.

Więc pierwszy tydzień mijał lepiej niż myślałem, zamknąłem go 215km gdzie to moje najwiecej wybiegane kilometry  w ciagu 7 dni,  a miesiąc Sierpień z 29 dniami biegowymi i z 49 jednostkami treningowymi dał mi rekordowa ilość 675km!!!!! ze średnia 4:38min/km. Gdy to sobie podliczyłem lekko się przestraszyłem ponieważ nigdy wcześniej takich kilometrów moje nogi nie przebiegły a o dziwo głowa mi podpowiadała że nie jestem zmęczony i mogę nadal kontynuować taka sama intensywność moich treningów.

fullsizeoutput_a6b

(zielone kreski to jednostka treningowa)

Więc po analizie pierwszego tygodnia już w poniedziałek z rana czekał mnie bardzo ciekawy trening którego lubię najbardziej,jak jestem w formie hehehehe czyli bieg z narastająca szybkością. Tym razem miałem 28km total gdzie pierwsze 10km na spokoju na rozruszanie kości po 4:30/km następne 10km pobiegłem po 3:58/km i zostało mi 8km najlepszego biegania.

Lubie takie coś jak mija 20km zaczynasz czuć w nogach dystans i musisz przyśpieszyć o następne 10sek/km. Tym razem biegałem przy lokalnym lotnisku koło St.Moritz (Celerina) gdzie trasa płaska jak stół i długie odcinki gdzie można naprawdę szybko pobiegać. Miedzy innymi M.Giżyński robił tutaj często swoje szybkie odcinki. Wracając do ostatnich km treningu to zmusiłem swój organizm aby wszedł na moje największe obroty i każdy km pokonywałem po 3:35-3:38min/km na 27-mym kilometrze poczułem że jeszcze chce przycinać ale tak porzadnie i chciałem się naprawdę zmęczyć i przebiegłem ten przedostatni km po 3:17min/km !!! Normalnie jak zegarek pokazał mi taki czas to nie chciałem się zatrzymać, ponieważ takiego kopa się dostaje jak widzisz że zaczynasz naprawdę robić postępy  w bieganiu i że właśnie jesteś tutaj i to przynosi efekty.  Po zakończeniu 28km chwile dychnałem, 3min i lekkim truchtem po 4:50/km wróciłem 4km do pokoju.

fullsizeoutput_a35

Tego dnia już nie biegałem więcej. Pojechaliśmy do Livigno (Italy), gdzie objadaliśmy się pizzami i popijaliśmy włoska kawa, jedzenie wyśmienite a do tego tak tanio to nawet w PL nie ma heheheh. Spędzone popołudnie było bardzo relaksujące i bardzo pomogło mi oderwać się od rygoru treningowego i dietetycznego.

IMG_1984

Następne dni nadal były intensywne w bieganie oraz w ćwiczenia stabilizacyjne, gym. We wtorek poszliśmy na spa gdzie wodne masaże masowały nasze przemęczone mięśnie, oprócz tego w pokoju dozowałem sobie co wieczora moczenie w solankach oraz w chlorku magnezu. Patrząc na regeneracje przy takiej ilości km musze przyznać że starałem się mieć wszystko co było potrzebne wraz z duża ilościa wypoczynku oraz dieta która miałem rozpisana wcześniej. Jednym słowem miałem jak paczek w maśle heheheh.

Środa zrobiłem poranny trening i w południe udaliśmy się na wyprawę kolejka na wysokość 3303m szczyt Corvatsch gdzie siedząc popijaliśmy dobra kawę i podziwialiśmy przepiękne krajobrazy. A widok jest naprawdę nie ziemski.

2272DA67-15BB-41FD-9926-6132E541BD46

IMG_2151

Wyprawa nasza oprócz widoków miała też inne podłoże że chcieliśmy na tej wysokości dotlenić się jeszcze bardziej hehehe i dostarczyć do naszej krwi jak najwiecej oxygenu. Może to śmieszne ale muszę powiedzieć że na podświadomość działa gdzie późniejszym czasie się przekonałem. Dzień zakończyłem wieczornym bieganiem plus ćwiczenia na siłowni.

Jeden z ostatnich mocnych i ciężkich treningów czekał na mnie w czwartek, gdzie miałem robić 10x1000m w tempie pół maratonu na przerwie trucht ale nie wolniej niż 5:00/km. Aby dodać trudności i smaczku do treningu pojechaliśmy na specjalny 1km odcinek na około jeziorka na wysokości 2550m!!!!! Wyciag dojeżdżał do 2200m i reszta na nogach około 3km trasy w góre, ale przy takich widokach można iść i nie czuć zmęczenia.

IMG_2223

Jak dotarliśmy do celu zostałem oczarowany miejscem!!! Normalnie coś pięknego. Piękne błękitne jezioro a w okół utwardzona trasa do biegania wraz z oznaczeniami co 100m, wszystko idealnie jak w Szwajcarii heheh. Nic tylko biegać lub spocząć na ławeczce i podziwiać piękność natury!!!! Ale ja zdecydowałem się na opcje pierwsza i najpierw ostrożnie pierwszy km 5:00/km następne dwa po 4:40/km i rozpocząłem szybkie 1km – pierwszy 3:39/km, następnie 3min po 4:50/km i troszkę przyśpieszyłem gdzie następne 9 razy wyszło po 3:35-3:36min/km. Ale po 5 razie myślałem że nie utrzymam tempa bo co chwile silny wiatr zawiewał, ale dotrwałem do końca ale ten ostatni to już na fantazji bez  sił ale 3:35/km ubiegłem i padłem. W tym momencie naprawdę brakowało mi powietrza i jak się podniosłem po kilku minutach to w głowie tak mi się kręciło że potrzebowałem szybko się woda polać!!! Trening wykonany, 20km na wysokości 2550m nad poziomem morza zrobione!!!! to był ostatni taki mocny akcent na tym obozie. Do końca tygodnia pozostało tylko kilka jednostek biegowych i w sobotę wracam do domu, gdzie z marszu czeka na mnie pół maraton pod Londynem, mój target to złamanie 1H20min a tak naprawdę w głowie mam 1H18min bo wtedy taki rezultat dałby mi spokojna głowę przed maratonem w Berlinie.

Podsumowując cały obóz nie da się tego ująć jednym zdaniem,

…dla mnie to sportowa przygoda życia, pomimo że każdego dnia katowałem organizm mocnymi jednostkami treningowymi to robiłem to w tak przepięknym otoczeniu że nieraz zapominałem o bólu. Jadac tutaj nie wiedziałem czego się mogę spodziewać ale to co tu przeżyłem przeszło moje oczekiwania i wypełniło mnie całkowicie. Takiego powera jaki czuje teraz i takiej spokojnej głowy, pewności siebie nie czułem nigdy wcześniej podczas przygotowań. Chciałem podziękować Arkowi Gardzielewskiemu że zrodził we mnie pomysł tego obozu, Mariuszowi Giżyńskiemu za wspólny czas i treningi, Piotrowi Ślęzak za trafne rozpisanie każdej jednostki treningowej i jeszcze kilku osoba które sprawiły że ten obóz mógł się odbyć i był taki niezwykły dla mojej osoby. WIELKIE THANK YOU!!!

ps.

Jak wspominałem wcześniej w niedziele zaraz po przyjeździe z obozu wystartowałem w pół maraton w Maidenhead. Pomimo że byłem nie wyspany i zmęczony podróża z Szwajcarii pobiegłem moje najlepsze 21,1km w życiu jak dotychczas gdzie wykręciłem czas  1:16:59 poprawiając dotychczasowy wynik o 5min5sek.!!!!Średnia to 3:38min/km!!..

…hmmm co date mi ten wynik??? może nic ktoś powie,

…ale mi daje SPOKÓJ W GŁOWE.

IMG_2374IMG_2375

Pozostaje dwa tygodnie do najważniejszej próby tego roku, nic już więcej nie poprawie, teraz pozostaje mi tylko spokojnie  i lekko trenować do 24-tego Września. Nic sobie nie mam do zarzucenia, cały okres 12 tygodni przygotowań wykonałem najlepiej jak potrafiłem i na tyle ile mogłem i jakie miałem możliwości. Teraz znikam, wylogowuje się z  FB,Instagrama etc i focus, spokój, odpoczynek.

Zapraszam wszystkich na 24 Wrzesień Berlin godzina 9:00am.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Kind Regards

Chris Wiciak

121st Boston Marathon 2017

Jest kilka dni po moim maratonie w Bostonie siedzę wygodnie na leżaku nad basenem hotelowym w tropikalnych warunkach, graco i wilgotno 30deg, późno 2:00 nad ranem i zastanawiam się jak mam przelać na papier coś co przeżyłem i  poczułem pierwszy raz podczas biegu hmm…..

IMG_7651

.  Ale zanim do tego przejdę chciałem przypomnieć słowa które chce powtórzyć jeszcze raz:

JEŚLI POTRAFISZ O CZYMŚ MARZYĆ, POTRAFISZ TAKŻE TEGO DOKONAĆ

…to te słowa mnie nakręcały przez ostatnie dni przygotowań i podczas biegu.

Jeśli ktoś się spodziewa dramatu dziś, to może się poczuć troszkę rozczarowany bo takiego nie było hehehe, ale biegnac w Bostonie odczułem coś czego jeszcze nie doznałem podczas dotychczasowych biegów, dlatego proszę pozostać do końca  🙂 .

Monday 17th April 2017 – ta datę nie zapomnę do końca moich dni. Może niektóre rzeczy nie doceniam bo przychodza mi za łatwo ale uczestnictwo właśnie w tym maratonie odczułem bardzo specjalnie i myśle że tutaj nastapił punkt zwrotny w moim bieganiu.

5.00am miasteczko Somerville pod Bostonem – Słyszę dzwoniacy budzik,

………..wyspany i spokojny zrobiłem sobie kawę i 2x jajka na miękko plus batonik energetyczny. Do startu jeszcze daleko bo dopiero o 10am więc mogłem spokojnie więcej zjeść ale to mi starczało dziś. Pod czas śniadania byłem o dziwo bardzo spokojny i wyciszony, jak nigdy, jak nie ja, i nie było to spowodowane jetlogiem (różnica czasu).

IMG_6872

Oczywiście byłem już spakowany dnia poprzedniego więc tylko zamówiłem ubera i jazda na metę biegu gdzie w pobliżu stały autobusy i przewoziły nas na start do miasteczka Hopkinton gdzie miał nastapić 121st z rzędu najstarszy maraton. Ja biegłem z stanowiska 1-szego ale z sekcja 4. Ogólnie stanowiska do startu i numery przydzielane sa do osiagniętych wcześniej wyników, czyli im mniejszy numer tym szybszy zawodnik.

Tym razem uber przyjechał inny, amerykański ford  lata 70’s i a w nim biały amerykanin z długim wasem. Bardzo przyjemny Pan, kilka słów zamieniliśmy ale ogólnie cała podróż byłem spokojny pełen optymizmu. Moje autobusy odjeżdżały miedzy 6am a 6:40am, więc celowo dojechałem na 6:40am aby opóźnić przyjazd na linie startu, nie chciałem tam długo czekać.

IMG_6917

(6:30am gotowy do podróży na linie startu)

Ale w czasie tej podróży miałem prawie godzinne na ostatnie przeanalizowanie biegu. Dzień wcześniej zrobiłem plan na bieg, bo bez tego nie miałbym punktu docelowego. Wiec ustaliłem że nie mogę pobiec na wariata i próbować wyniku jaki planowałem na poczatku przygotowań ale że nie chcę pobiec go za wolno bo krótsze męczarnie szybciej się kończa heheheh, wiec założenie było aby pobiec tak jak w Chicago i zmieścić się poniżej 3H.

W głowie ułożyłem sobie że biegnę pierwsze 5km  4:15 -4:10min/km ale ze każde 5km robić będę około 21min. I dopiero od 25km rozpisałem sobie na ręce miedzy czasy, wiec miałem mieć 1H:45min na 25th km na 30km 2h:06min,  35km 2h27min i  wiedziałem że jak dobiegnę w tym tempie do tego 35km to ukończę ten bieg poniżej 3H bo motywacji miałem naprawdę dużo aby tego dokonać.

NASTAWIENIE JEST MAŁA RZECZA, KTÓRA ROBI DUŻA RÓŻNICE

Może moje myślenie było szaleństwem aby porywać się na czas na który w Chicago (October 2016) przygotowywałem się ciężko przez kilka miesięcy ale teraz jestem z każdym dniem lepszym i madrzejszym biegaczem i pomimo że straciłem ostatnie 40 dni przygotowań to czułem że mentalnie jestem gotowy powtórzyć ten wynik, przecież cieżko trenowałem na obozie gdzie po Szklarskiej Porębie przebiegłem prawie 180 km w tydzień wiec nie zakładałem planu B lub innego scenariusza jak tylko bieg na sub 3H, wiec nie pozostawiłem mojej głowie miejsca na słabość i rozmyślanie.

Więc podróż minęła szybko, jak dojechaliśmy na miejsce to byłem bardzo zauroczony organizacja przed startem i Campem jaki był przygotowany dla czekajacych na swój start. Ja osobiście miałem ponad 2H do startu wiec zdażyłem coś jeszcze podjeść, (rozdawane były różnego rodzaju napoje i batoniki energetyczne oraz rogaliki, bułki, etc), ja osobiście skorzystałem z medytacji do której dostawałeś słuchawki i drivera z muzyka  i poduszeczkę na której spoczałem i z zamknientymi oczami oddałem się głębokiej medytacji.  To  była fajna forma relaksu i wyciszenia się przed czekajacym mnie startem.

IMG_8007

(2godz. przed startem)

Na swoje stanowisko dotarłem 15min przed startem, rozciagałem się przez 10min i wskoczyłem w wyznaczony sector 1(4). Kilka minut do startu zostały wyczytane nazwiska kilku najlepszych zawodników większości z Kenii i Ethopii ale największe brawa otrzymał Amerykanin Galen Rupp 21 lat bardzo perspektywiczny zawodnik który specjalizował się w 5k i 10k gdzie na olimpiadzie w Londynie był drugi zaraz za Mo Farah, a od jakiegoś czasu próbuje swoich sił w pół maratonach i ostatnio w maratonach.

Po prezentacji nastapił czas na alla kapela hymn amerykański i na koniec hymnu z sekundowa precyzja przeleciały nam nad naszymi głowami dwa odrzutowce F-15 z 104-th Dywizjonu Sił Powietrznych Ameryki,   wow to było bardzo widowiskowe i ciarki przeszły nie jednemu po plecach. Ale czego mogłem się spodziewać po amerykanach i to jeszcze przy tak ważnym i prestiżowym maratonie.

Wybiła 10am i ruszyła elita, a zaraz za nimi następne sekcje, ja wybiegłem około 2min za pierwszymi.  Pierwsze 5-6km bardzo stromo w dół i już widać że niektórzy  pędza na skręcony kark!!!! A ja się pytam co będzie za 35km i czy oni nie widza że słońce daje z nieba niemiłosiernie!!!! a do tego trasa naprawdę jest trudna techniczne i ma pełno podbiegów!!!  Ale to mój któryś z kolei maraton i ja jednak myślenie właczyłem od pierwszego km i  jak sobie powiedziałem tak biegnę 4:13, 4:13, 4:09, 4:15, 4:04 – mijam pierwsze 5k 21:08 wszystko według planu co do sekundy można powiedzieć.

Następne kilometry 6-sty 4:12, i 7-my 4:12, i właśnie po 7km przychodzi inne myślenie i szybka analiza, po co ja się spinam i stresuje co chwile miedzy czasami i co 20sek spogladam na zegarek!!!! Przecież to nic nie zmieni!! przecież to wariactwo co robie, zero przyjemności i stres totalny..!!! .. i szybko dochodzę do wniosku że nie będę spogladał na ten cholerny zegarek co kilka sekund i pilnował tempa, postanawiam się cieszyć biegiem…mówię do siebie …rozejrzyj się chłopie wokół siebie, zacznij oddychać amerykańska wsia, podziwiaj mijajace jeziora i zielona przyrodę, śpiewajace ptaki, raduj się z ludzmi stojacymi na tym upale i kibicujacym !!!!  Wiec biegnę i uśmiecham się do siebie i do kibicujacych ludzi, nie spogladam na zegarek teraz co chwile. Do 25km to sa moje najlepsze przebiegnięte kilometry jakiekolwiek przebiegłem!!!!!! Takiej radochy i przyjemności z biegania nie miałem jak nigdy dotychczas!

Musze tutaj napomnieć że jak nigdy wcześniej, piłem wodę i się polewałem co 5-7km, żelek energetyczny pierwszy wziałem dopiero po 17km, drugi na 30km i trzecie na 37km, dodatkowo na 35km raz dawkowałem torebkę sóli ale profilaktycznie dla przestrogi.

IMG_8013

(sprawdzenie międzyczasu)

Dopiero na 25km dochodzi do mnie aby sprawdzić międzyczas, na ręce pierwsza notatka 25km 1H45min , mijam pomiar i pokazuje  1h44min hmm myśle sobie minuta zapasu ostatni km przebiegnięty pokazuje 4:09/km wiec wszystko pod kontrola, nie odczuwam zmęczenia, nie czuje objawów skurczy, jest dobrze wiec mimo woli, w chwili uniesienia przyśpieszyłem i nagle zegarek pokazuje 26km 3:58min/km wiec zwalniam i mówię do siebie czekaj bo miedzy 30 a 32km czekaja nas największe podbiegi i tam możesz zdechnać, ale musze się przyznać że właśnie w tym momencie czuje się bardzo silny psychicznie, pewny siebie, bez zwatpień, i wiem że dam radę.

Dobiegam do 30km i czekam na ten podbieg heheheh… i się zaczyna pierwszy ale z duża łatwościa go pokonuje na 31km pokazuje mi się że przebiegłem go w tempie 4:08/km wow uśmiecham się do siebie, po chwili pojawia się następny i myśle to chyba ten najgorszy ale polewam się woda przed podbiegnięciem i lekko zwalniam bo podbieg naprawdę w górę i zegarek pokazuje 4:21/km, myśle ok już najgorsze za nami i  przyśpieszyłem do 4:05/km, było trochę z górki. I rozpoczynam 34km hmm według mnie miało być już  tylko w dół a tu nagle wyrasta przede mna długi 6-8 procentowy podbieg !!!!! rozpoczynam go pokonywać ale zaczynam czuć  że strasznie daje mi w nogi!!!! skracam krok biegowy i zaczynam drobnić ale zarazem przyszpieszać i powoli wspinam się sukcesywnie pod górę, strasznie ciężko i zaczynam walkę w głowie i próbuje  się pobudzić, nie spogladam gdzie koniec podbiegu tylko zaciskam zęby, zaczynam bardziej rekami pracować i krok po kroku z bólem pokonuje metry. Dasz rade, dasz rade, come on, come on !!! takie tam pod nosem słowa sobie wypowiadałem ale wbiegłem tam pokazuje 4:31/km 34th km, wiec biorę się do roboty aby trochę odrobić stratę ale czy ja mam jakaś stratę?? przecież dziś czas nie gra takiej roli jak zawsze, ale nastepny km jednak pokonuje w 4:01/km!!!

IMG_8012

(najgorysz podbieg na 34km)

IMG_8010

(35km usmiech na twarzy)

Jestem na 35km na ręce napisane 2H27min zegarek pokazuje 30sek że jestem szybciej!!! Wiec teraz juz wiem że jak przebiegnę następne 3km w normalnym tempie to spokojnie z uśmiechem na ustach ukończę ten maraton poniżej 3H. Nastepne km biegne 4:09, 4:13, i…

…3:58min/km!! przebiegam 39th km i biegnę non stop z uśmiechem na ustach i jakbym mogł to bym już teraz podskakiwał do góry!!!! Dobiegam do 40km tempo 4:11/km, międzyczas na spoconej ręce 2H48min, spogladam na zegarek 2:48:02 idealnie!!!!!

Teraz tylko Panie Wiciak pozostało się nadal cieszyć ostatnimi dwoma kilometrami i tak robie!!!!! biegnę z uśmiechem na ustach, wiem że czas będę miał lepszy niż w Chicago, ale dziś nie o to mi chodziło, nie biegłem aby cierpieć  w stresie i bić nic nie znaczace swoje rekordziki, bo nic nie jest ważniejsze w biegu jak radość i uczucie szczęścia !!!! A takie doznawałem dziś przez większość biegu i ta ostatnia prosta około 700m bardzo długa ale ile bólu i radości widzi..,

….tu się tworzy historia, tu sa emocje, dramaty ludzkie i łzy.

Ja tym razem bez łez wbiegam na metę ale cała radość była i towarzyszyła mi przez 42km195m i dopiero po kilku godzinach dochodzi do mnie że ja miałem (mam) kontuzje ale ani przez chwile nie pomyślałem o tym !!!! zostawiłem ten problem w pokoju przed biegiem, jedynie co mnie bolało po biegu to ramiona!!!!! tak bardzo że nie mogłem za bardzo nimi ruszać hehehe ale to już nie ważne.

TO BRAK WIARY SPRAWIA, ŻE LUDZIE BOJA SIĘ STAWIAĆ CZOŁA WYZWANIOM.

JA WIERZYŁEM W SWOJE UMIEJETNOŚCI.

IMG_6923

Odebrałem medal to już  piaty w kolejności do korony WORLD MARATHON MAJORS, pozostanie tylko Nowy Jork 5th November 2017 i będzie to wiśenka na torcie jak to powiedziała koleżanka kilka tygodni wcześniej. Ale musze na koniec powiedzieć że to właśnie Boston Maraton był tym niezwykłym, czarujacym mnie i chyba właśnie ten maraton, ten bieg nadchnał mnie do biegania z radoscia i przyjemnościa.

IMG_6983

( od lewej górny rzad…

  • Berlin Marathon       September 2014       3:58:57
  • London Marathon    April 2015                  3:26:19
  • Tokyo Marathon       February 2016          3:17:00
  • Chicago Marathon    October 2016            2:58:55
  • Boston Marathon      April 2017                 2:57:33

Musze się przyznać że był to mój najłatwiej przebiegnięty maraton w ciagu ostatnich 4lat, małe cierpienie na 34-tym km to nic wielkiego do tego, jakie już doznawałem we wcześniejszych biegach lub triatlonach.

Zaraz zaraz, zapomniałem napisać ż dobiegłem w czasie 2:57:33 heheheh ale widocznie jak zapomniałem o tym wcześniej to widać że to nie było dla mnie aż tak istotne. Dodam jeszcze dla smaczku że w tym biegu wystartowałem w nowkach butach adidas adizero Boston version które zakupiłem dzień wcześniej!!!! oraz nowe spodenki i koszulkę!!! Ty samym złamałem umowne zasady biegaczy, ale widocznie nie ma to wielkiego znaczenia jeśli bardzo chcesz coś dokonać wtedy nie myślisz o takich szczególach.

Po tym biegu wiem jedno, że chce nadal kontynuować bieganie i to jeszcze bardziej niż przed, ale chce to robić tak aby  bolało ale i cieszyło przede wszystkim!!!!

IMG_6929

Hmm zastanawiam się …jak i komu podziękować bo czas przygotowania do tego maratonu miałem ciężki i mozolny. Często popadałem w panikę i mała depresje hehehe…

..ale nie, nie wymienię nikogo bo każdy z osobna wie ile zrobił dla mnie i wie jak bardzo jestem mu wdzięczny, każda ta osoba dołożyła swój kamyczek do tego biegu, może to nie będzie standartowe, ale najbardziej komu chce podziękować za wolę walki, determinacje, systematyczność w ciężkich treningach, i nie poddanie się i start w tym maratonie to…moja osoba!!!! Sam sobie chciałem podziękować bo ja sam wiem ile nocy nie przespałem i ile bólu przeszedłem.

I nikomu nie życzę takich przygotowań ale życzę aby każdy czerpał tyle przyjemności i radości co ja podczas tego biegu.

IMG_8006

Dziekuje

Chris Wiciak