Chris Wiciak

Nowy rok, nowe nadzieje i jeszcze większa wiara.

Niby Nowy Rok zawitał a już mamy Luty.

Czas mija nieubłaganie, ale zanim przejdę do stycznia muszę wrócić do grudnia bo był to okres gdzie niby miałem rozpocząć nowy sezon ale czułem się zmęczony, moje ciało chciało dłuższego odpoczynku po wyczerpującym udanym sezonie, a organizm w czasie Świąt zażyczył sobie słodyczy i raczył się dobrodziejstwem naszej wspaniałej słowiańskiej tradycji gdzie stoły sowicie zastawione zmuszają mimowolni nas do wspaniałego uczucia jakim jest objadanie się 🙈🙈🤷‍♂️.

Wiec w tym okresie więcej chyba grzeszyłem jedząc niż biegałem i jak wskoczyłem w styczniu na wagę to się okazało ze 11kg przybyło od końca września (waga startowa) i że to oznacza koniec słodyczy i powrót do codzienności.

Treningi rozpocząłem od 1st Stycznia, ale pierwsze dni treningów i poczułem coś nowego albo dawno niespotykanego u mnie w ostatnim czasie.  Duża trudność w czasie biegu i trudność oddychania, a przede wszystkim ze męczę się podczas tempa 4:45- 5:00/km gdzie jeszcze w październiku biegało mi się naprawde swobodnie i na tętnie poniżej 118 a teraz biegne 4:50/km i czuje ze serce wali mi a zegarek pokazuje 150 tętno!!! Jak to możliwe przecież z niższą średnią przebiegłem w Berlinie maraton w tempie 3:50/km!!!

Nic bez paniki to dopiero pierwsze dni i zapewne potrzebuje troche czasu aby złapać swój pułap tlenowy.

Dzien za dniem, mecze się  strasznie każdym treningiem, wszytko mnie zaczyna boleć, poprzez mięśnie, kości a nawet głowa. Pierwsze dwa tygodnie stycznia nie wykonałem ani jednego treningu jak planowałem. Fartek padł już po pierwszych 9min biegu gdzie biegłem naprawde nie szybkim tempem 3:55-4:00/km a już po kilku minutach odcięło mnie totalnie.

Wróciwszy z treningu zacząłem notować codziennie treningi i odczucia, aby mieć podgląd do analizy. Kilka wpisów oryginalnych moich z początku roku:

2nd January Tuesday :

Trening zrobilem według planu 6km po 4:40/km i później 3x1km ale miło być po 3:40/km a zrobiłem po 3:50-3:55/km Porostu nie miałem siły przebiec jeden km w tempie 3:40/km!!!!

Szok dla mnie. Widać ze kompletnie jestem bez formy i nadwaga dokucza.

Ale już rozpoczalem normalne moje jedzenie i sprawdzam posiłki tylko do 3 na dzien i zero cukrów. Za kilka tygodni powinnienem wrócić do normy.

3rd January Wednesday:
Dziś miał być fartek, wiec rozpocząłem spokojnie 4:50-5:00/km ale już czuje że nie mam swobody biegania, jest cieżko. Po 3km przyśpieszam i 9min ma być po 3:55/km a biegnę po 4:05/km, następnie 3min wolno po 5:00/km i znowu przyśpieszam ale okazuje się że zatrzymuje się po 1km i koniec, pochylam się nisko na nogach, ledwo oddycham, ślina leci mi sama z ust, ledwo żyje. Kurwa…co się dzieje przecież to nie możliwe!!!!! podnoszę się i truchtem wracam do domu. Trening zakończyłem na 9km zamiast na 21!!! Totalna tragedia, okazuje się że coś mi nie idzie w nowym roku.

Thursday 4th January:

Dziś tylko 16km w jednym tempie 4:30/km ale było ciezko. Strasznie ciezko mi się oddycha.

Po bieganiu poszedłem na 60 min fittness ćwiczenia.

Piątek wolne .- bardzo źle się czułem po lunchu i nie poszedłem na trening.

Niedziela 7th January :

Dziś biegałem z kolega w Richmond parku dwa kulka tempem 5:00/km ale nadal się mecze okropnie. Zrobiliśmy 22.5km

Wieczorem się zważyłem 83.6kg czyli ponad 2.5kg spadło w tydzień. Dobrze. Aby tak dalej.

Drugi tydzień przygotowań:

Wtorek 9th styczeń-

Miało być 5km 4:45/km plus 10km po 4:05/km

Ale co się okazało ponownie 5km ubiegłem normalnie ale następnie przyspieszyłem do 4:00/km i już po 2km się zatrzymałem !!!

30sek odpoczynku i znowu zryw. I tak 5km zrobiłem po 4:05/km . Po tych szybszych 5km byłem wykończony totalnie. Kurwa nowy tydzień a ja nadal bez poprawy!!!!

Zostało mi 3km do domu pomyślałem ze nie mogę wrócić truchtem do domu-

Zbiorę się przynajmniej na jakieś krótkie i terwaly, i tak zrobiłem.

1min biegu wolnego 1min szybko sprint i tak zrobiłem 6 powtórzeń i wróciłem do domu.

Załamany totalnie ponieważ nic mi nie idzie a organizm się buntuje abym biegał szybko.

Nie mogę wychodzić z komfortu biegania już przy truchtaniu. Coś się dzieje ze mna a ja nie wiem co???!!!!

Przecież jeszcze w grudniu w święta biegałem po 24-25km i szybszym tempem i było w miarę dobrze, ale teraz jest tragedia.

Moje nogi nie podają a mnie dusi przy lekko szybszym tempie. Tętno skocze jak głupie !!!

Formo moja GdiZe jesteś!!!!!

Już w wczoraj miałem dzien wolny od biegania i postanowiłem ze z nowym tygodniem zmienie buty i poszedłem kupić nowe i spodnie do biegania także. Ale nawet to dziś nie pomogło.

Czas leci a ja jestem w czarnej dupie z moimi przygotowaniami bo coś się we mnie dzieje a ja nie wiem co.

Jak widać początek roku nie był dla mnie łaskawy, a do tego rozchorowałem się i zaprzestałem treningów na kilka dni aż się wyleczę i odpocznę. W połowie miesiąca  zrobiłem sobie analizę co robiłem przed Berlinem w lipcu poprzedniego roku  i  postanowiłem powoli wprowadzać w życie to samo. Pierwsze wróciłem do mojej dietetyczki Doroty Silarskiej ponieważ od października odłożyłem swoje suple totalnie na bok oraz sposób odżywiania.

Myślałem że sobie poradzę bez Niej ale hmmm „jak trwoga to do Boga”….rozmowa telefoniczna i juz pierwszy impuls dostałem i wróciłem do treningów, następnie rozpisała mi suplementy plus wracam na drogę 3 posiłki na dzień, dużo wody i nic więcej. Poleciałem do Polski na badania oraz wizyta u mojej terapeutki sprawiły że wróciła nadzieja na lepsze jutro. Moja głowa uwierzyła że będzie dobrze i ostatni tydzień miesiąca już coś się poprawiło, troche mnie odetkało i widzę że zaczynam normalnie biegać, waga spadła w ciagu miesiąca ponad 6kg. Nawet VO2Max się poprawił i ruszył się na 64ml/kg/min wiec teraz muszę solidnie przepracować miesiąc Luty plus dwa tygodnie Marca i zobaczymy czy zdążę przygotować się na pół maraton w Reading.

Bo jeśli bede widział że moje przygotowanie jest w lesie to odpuszczę i wole nadal kontynuować trening aby sprobować jednak się przygotować po Rotterdam, ponieważ już ostatnio nawiedziły mnie myśli abym odpuścił Rotterdam i pobiegł troche później w Warszawie Orlen i tak naprawdę nadal taka opcje przewiduje, ale to wtedy niesie konsekwencje że nie pojadę do Gruzji na Wings for Life gdzie liczyłem na dobry występ ponieważ te dwa wydarzenia są za blisko siebie. Ale ta sytuacja się roztrzygnie w ciagu miesiąca lutego bo to właśnie treningi w tym miesiącu odpowiedzą jak bede przygotowany.

Wiec rozpoczęcie sezonu u mnie nie należy do przyjemnych ale dobrze że to dopiero początek bo planuje kilka fajnych startów w tym roku. W czerwcu biegnę Nocny we Wrocławiu połóweczkę i obiecałem sobie że tym razem przygotuje się o wiele lepiej niż w roku ubiegłym i powalczę o jakiś bardzo dobry czas który da optymizm na letnie przygotowania pod jesienny Maraton w Berlinie który to ma być u mnie pickiem i mam nadzieje że trafie z formą, bo gdzie mogę podjąć próbę złamania granicy 2:40 jak nie w Berlinie.

Dlatego w tym roku znowu wyjeżdżam do St.Moritz i bede chciał zabrać ze soba małą grupę zapaleńców biegania takich jak ja, aby wspólnie trenować w tym magicznym miejscu. Wyjazd planuje w sierpniu gdzie ja osobiście chce spędzić cały miesiąc ale wiem że nie wszyscy mogą być tak długo wiec będzie możliwość do mnie dojechać w trakcie. Koszty nie są aż takie duże jakby się mogło wydawać a grupowy wyjazd znacznie obniża koszt pobytu. Dlatego jeśli jest ktoś zainteresowany to zapraszam po szczegóły do mnie bo plan się już robi, a wiem że nigdzie indziej lepszego treningu nie zrobimy jak właśnie tam!!! Bo gdzie do jesiennych startów lepiej się przygotowywać jak nie w St.Moritz!!!!

IMG_2149 Kończąc chcę wszystkich trenujących zachęcić do dalszych treningów nawet jak coś nie idzie ( tak jak mi) to nie poddawać się i wierzyć że nasze noworoczne ambitne cele zrealizujemy, bo nikt inny  i nic nie jest wstanie nas pokonać!!!

Chris Wiciak

 

6 STARS – Abbott World Marathon Majors

W 2013 roku we wrześniu jak przebiegłem swój pierwszy pół maraton upadając za meta wykończony i pół przytomny powiedziałem sobie wtedy że nie jest możliwe abym kiedyś przebiegł cały dystans, ponieważ tamtego dnia ostatnie 400m do mety dobiegłem ale za bardzo nie pamiętając za dużo z finishu.

Ale kiedy odpocząłem, minął jakiś czas i dojrzałem emocjonalnie to pierwszego mojego maratonu, postanowiłem pobiec go w Berlinie w 2014.

A jak bardzo przeżyłem ten moment ?

Już na starcie moje serce waliło mi 175bpm!!

Czas prawie 4 godziny i straszne skurcze

łydek od 35km to nie był najlepszy mój czas i nie wspominam go dobrze.

Ale wtedy powiedziałem sobie ze chce przebiec jeszcze tylko jeden maraton w Londynie gdzie mieszkam od prawie 20lat i to wystarczy jeśli chodzi o maratony bo dystans ten mnie tak wykończył że pomyślałem sobie- maratony nie dla mnie są pisane.

Ale po Berlinie dowiedziałem się że jest takie piękne wyzwanie w którym trzeba przebiec 6 największych maratonów na świecie i stajesz się eksluzywnym członkiem i odbierasz przepiękny medal wraz z certyfikatem.

Sprawdziłem listę i okazało się że jest tylko niecałe 400 osób na świecie i tylko kilka osób z polski którzy ukończyli wszystkie te maratony (koniec 2014 roku).

Wiec mój challenge wdrożyłem w życie odrazu i zapisałem się na Londyn maraton.

Londyn 2015 to był mój drugi Majors i pobiegłem go wtedy naprawdę dobrze bo 3:26:19 co było dużo poprawa z Berlina i nie miałem żadnych skurczy i nie musiałem się zatrzymywać ani iść. Ostatni odcinek 5km wyprzedziłem ponad 850 osób co dodało mi dużego kopa na przyszłość.

Istniał jeden problem z moim wyzwaniem, to koszty maratonów. I nie mówię tutaj o kosztach podróży ale o wpisowym. Berlin mnie kosztował £300, a Londyn £1500!!!! Bo tyle musiałem zapłacić dla organizacji charytatywnej aby pobiec. Prawda jest taka że trochę pomogli mi koledzy, przyjaciele mojej żony, ale to i tak dawało wielkie koszty.

Największy koszt to jednak TOKYO bo wpisowe £1000 plus kilka tysięcy £ kosztowała mnie wyprawa z dziećmi do kraju kwitnącej wiśni.

Istniały też możliwości inne, losowanie, lub limit czasowy dla odpowiedniego wieku uczestnika. Hmm sprawdziłem limity czasów i okazało się że Londyn ma 2:45!!!🙈🙈🙈kosmos dla mnie wtedy, Boston 3:15 też daleko i ciężko.

Wiec po Londynie i kilku nie udanych biegach gdzie „trenowałem” jak głupi, tak oczywiście myślałem że dobrze trenuje ale okazywało się że biegam coraz gorzej i nie robię postępów.

Wiedziałem ze jak tak dalej pójdzie to nigdy nie zrobię kwalifikacji do Bostonu lub NY, gdzie za ten maraton śpiewali sobie 5000$!!

Wiedziałem że przebiegając maraton w 3:15 to nie takie sobie i naprawdę trzeba się na trenować aby osiągnąć taki czas.

Ale dobrze wiedziałem i czułem że jestem na tyle uzdolniony i uparty że te 3:15 złamie i to wtedy był cel numer jeden.

Dużymi cyframi napisałem na kartce swój cel 4:37min/km – był to moje marzenie średnia kilometra do przebiegnięcia aby złamać 3godz15min.

Doszedłem do wniosku że plany internetowe nic tu nie pomogą i w styczniu 2016 natknąłem się na Piotra Ślęzak który trenował grupę amatorów i zapaleńców biegania. Zgłosiłem się do niego natychmiast i rozpoczęliśmy współpracę pod TOKYO. Czasu było mało bo koniec lutego biegłem w Japonii a do tego doznałem kontuzji mięśni piszczela.

Wiec czas jaki pobiegłem 3:17:00 był dla mnie bardzo dobry i wtedy uwierzyłem że jeśli potrenuje bez kontuzji to 3:15 złamie.

Pięć tygodni później pojechałem do Zurichu i tam biegłem do 33km z pace makerem na 3:15 ale postanowiłem się oderwać od nich i na ostatnich kilometrach nadrobiłem 4min i ukończyłem z czasem 3:11:00!!!! Byłe w niebie !!!! Bo zrobiłem kwalifikacje do Bostonu i Chicago. Cel osiągnąłem z nad wiązką.

Wtedy zwróciłem się do Piotra żeby mnie przygotował do Chicago na mój 4-ty z rzędu Majors i aby właśnie tam w Ameryce złamać 3godziny .!!!! 🙈🙈

Stała się rzecz niesamowita-

zacząłem myśleć tylko o sub3H i jak to złamać. Zacząłem czytać dużo książek na temat biegania Heheheh i nakręcałem się do tego wydarzenia naprawdę mocno. Chciałem nawet do Kenii jechać aby tam się przygotować ale wszyscy odradzali że to za szybko. Byłem tak nafazowany na ten bieg że nie mogłem spać po nocach. W połowie roku w lipcu zrobiłem nawet dwie połówki ironmana gdzie trening pod triathlonu wzmocnił mi wytrzymałość.

Chicago Październik 2016 pierwszy maraton w Ameryce!!! Wspominam z dreszczami na skórze bo takiej organizacji nie widziałem ani w Berlinie ani w Tokyo, a do tego mam sentyment do Ameryki, wiec chyba dla tego tak to odbieram. Sam bieg to od poczatku utrzymywanie tempa 4:15min/km i walka na ostatnich 4km bo nie miałem już siły totalnie ale przy mecie przyspieszyłem aby osiągnąć czas 2:58:55!!!!!

Poczułem się wtedy jakbym zdobył mistrzostwo olimpijskie i był lepszy od Kiptoche!!! Już od dawna koledzy mnie przezywali Jarek Szegumo albo biały Kenijczyk hehehe😂😂.

Wiec Chicago zapisało się w moim sercu jako pierwszy maraton poniżej 3 godzin!!!!! Niesamowite przeżycie!!! Daje takiego kopa do dalszych treningów i dało mi bardzo dużo pewności siebie że można wszystko jeśli ma się to w głowie.

Po Chicago miałem już 4 majorsy i brakowało mi tylko Boston i New York. Zaraz po Chicago byłem tak naładowany że chciałem pobiec w listopadzie tego samego roku NY !!!! A była taka możliwość poprzez załatwienia pakietu ale po powrocie do domu przemyślałem i postanowiłem że najpierw czas na Boston a na koniec zostawię sobie New York. I to była jedna z lepszych moich decyzji.

Do Bostonu (kwiecień 2017) rozpocząłem przygotowania w grudniu 2016 gdzie prędzej jeszcze uczestniczyłem w zakończeniu sezonu naszego zespołu Slezak Team z PL i odebrałem medal od trenera za rok wspólnej pracy. Byłem bardzo dumny ze widniałem na tablicy jako jedyny z całego zespołu który przebiegł poniżej 3 godzin.

Tam się dowiedziałem że w lutym jest organizowany obóz biegowy w Szklarskiej Porębie, gdzie zgłosiłem się minutę po ogłoszeniu informacji 🙈😂😂🤷‍♂️.

W grudniu 2016 roku rozpisaliśmy z Piotrem cele na 2017 rok gdzie uwzględniłem trzy maratony, Boston miał być biegniety na 2:48 a Berlin na 2:42 i NY tylko pobiec ale poniżej 3godzin. Piotr wtedy powątpiewał trochę w ten Berlin na 2:42 ale ja wierzyłem po Chicago że mogę wszystko 😂😂😂💪🏃👍.

Te 2:42 to moje małe marzenie było jak rozpoczynałem współpracę z Piotrem, wtedy wypełniłem formularz i w pytanie- jakie mam marzenie czasowe w maratonie odpisałem 2:42.

Ale wracając do tematu, zbliżał się obóz ale na tydzień przed naciągnąłem mięsień dwugłowy, a na obozie go doprawiłem na górkach i zaraz po doznałem kontuzji na biegu na 10km, wiec moje przygotowania pod Boston poległy w gruzach gdzie ostatnie 40dni nie mogłem biegać wcale.

Ale za to robiłem inne ćwiczenia aby być fit i nie polec na polu walki. W tamte przygotowania w których byłem kontuzjowany włożyłem wszystko co mogłem aby tylko pobiec w Bostonie.

Przecież to najsłynniejszy maraton na świecie!!! Filmów się naoglądałem o nim i książek naczytałem, wiedziałem że większość maratończyków marzy aby właśnie tam pobiec.

Będąc tam przekonałem się dlaczego tak jest.!!

Pomimo że czas był nie fortunny bo wypadały święta Wielkanocne a ja poleciałem tam sam to od sprawy sportowej śmiało mówię że takiego czegoś nie czułem nigdy nigdzie, a biegałem już w wielu biegach.

Tam pobiegłem z wielka radością cały dystans i z uśmiechem ba ustach, tam ten bieg dał mi pierwszy raz radość podczas maratonu. Zazwyczaj mam to na mecie ale tam miałem prawie przez cały czas!!! Do tego złożyło się że pobiegłem swoją życiówkę 2:57:31 pomimo kontuzji wcześniej, wiec po maratonie byłem podwójnie zadowolony.

Boston maraton z wszystkich Majorsow to duchowo mój najwyżej postawiony w hierarchii.

Wiec bo Bostonie jedno co chciałem to aby wyleczyć do końca kontuzje i przygotować się jak najlepiej do Berlina we Wrześniu. Do tego biegu miałem sporo czasu, wiec powoli i ostrożnie rozpocząłem przygotowania pod Berlin. W czerwcu poleciałem do Wrocławia na połówkę aby wystartować w nocnym i sprawdzić jak forma rośnie. Pomimo dobrego początku biegu poległem na ostatnich 4km i nie utrzymałem tempa i przebiegłem w 1:22:06 co i tak dało mi moje PB.

Lipiec przepracowałem solidnie a w połowie sierpnia wyjechałem na wyprawę na która czekałem od dłuższego czasu. Zameldowałem się w St.Moritz w Szwajcarii na wysokości 1850 n.p.m gdzie przez prawie 3 tygodnie trenowałem każdego dnia po dwie jednostki plus siłownia lub odnowa. Takiej szkoły biegania nie przeżyłem nigdy, a robiłem to pod okiem wyśmienitego maratończyka Mariusza Giżyńskiego, gdzie wspólne treningi oraz jego porady były bezcenne jak dla takiego amatora biegania jakim jestem. Forma rosła każdego dnia a ja nie chciałem się zatrzymywać i tylko biegać i biegać. Pomimo że harowałem każdego dnia ciężko na treningach, był to najwspanialszy okres treningowy jaki przetrenowałem. Po powrocie czekał na mnie sprawdzian na 3 tygodnie przed Berlinem, pobiegłem zaraz po przyjeździe pół maraton gdzie 21.1km przebiegłem w 1:16:59 i przebiegając metę sam się złapałem za głowę bo nie wierzyłem co zrobiłem. Po tym dniu wiedziałem ze Berlin będzie mój!!!!

Do Berlina wybrałem się prze Szczecin i wylądowałem 30km w jakieś wiosce pod Berlinem nad pięknym jeziorkiem. Tam spędziłem ostatnie godziny przed biegiem.

Berlin tego dnia to tez specjalny dzień dla mnie. Nie chodzi tu o organizacje która jest dobra ale właśnie w ten dzień przyszedł prawdziwy sprawdzian moich możliwości.

Ten maraton miał dać mi odpowiedz czy jestem w stanie przebiec maraton tempie średnim 3:50min/km gdzie dla amatora to już naprawdę czasu do pozazdroszczenia. Jeszcze na początku roku nie wydawało mi się realne że właśnie w tym roku przygotuje się na czas 2H42min, pomimo że takie czasy zapisałem w moich celach.

Berlin przebiegłem z zimna krwią i tylko odhaczałem co 5km pokonane kilometry.

Wszystko szło jak w szwajcarskim zegarku a ja skupiony na celu brnąłem do mety.

Czas ukończenia 42km195m 2godz.42min13sek!!!!!! Alleluja !!!zrobiłem to co kiedyś było fikcją dla mnie a teraz rzeczywistość, piękna rzeczywistość!!!

Do ostatniego Majorsa pozostało 5 tygodni a mi pozostała pustka w głowie i zero chęci do biegania w tym roku. Pod względem fizycznym byłem zmęczony ale pod względem psychologicznym byłem totalnie wypalony. Osiągnąłem swój szczyt i ciężko było mi nawet myśleć że będę musiał zrobić to jeszcze raz w tym roku już za kilka tygodni.

Wiec piec tygodni biegałem naprawdę w kratkę i bez większego zaangażowania. Trzymała mnie tylko jedna myśl przy treningach, że jadę na największy maraton na świecie i na mój ostatni szósty Majors.

Nowy Jork przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Cały pobyt to wspaniała przygoda i nie zapomniane chwile które można przeżyć tylko tam w Nowym Jorku.

Jest to tak duży bieg oraz taka ilość uczestników oraz kibiców że nigdzie indziej tego nie doświadczycie.

Nowy Jork ukończyłem z czasem 2:51:23 może nie tego oczekiwałem po Berlinie ale tego dnia dałem z siebie wszystko co miałem w nogach i w głowie. Dawno tak się nie zmęczyłem jak na tym maratonie, dawno nie biegałem tak dziwnej trasy, drugie 21km to jedne z trudniejszych km jakie przebiegłem w dotychczas. Ale tego dnia nie ważne było w jakim czasie dobiegnę albo jak bardzo się zmęczę, tego dnia kończyła się pewna historia której nadałem życie dwa pół roku wcześniej.

Tego dnia ukończyłem szósty Majors!!! Zapisałem się do historii maratonów jako jeden z niewielu uczestników którzy ukończyli te sześć maratonów.

1.Londyn 3:26:19

2.TOKYO 3:17:00

3.Chicago 2:58:55

4.Boston 2:57:31

5.Berlin 2:42:13

6.New York 2:51:23

Przeszedłem długa drogę, przemierzyłem trzy kontynenty, odwiedziłem Amerykę trzykrotnie,

Miałem możliwość zobaczyć Japonię i kulturę kraju kwitnącej wiśni, a to Wszytko dzięki pasji która pochłonęła moja duszę pewnego dnia i targa nią po dzień obecny. Bieganie jest chyba najprostszą dyscypliną sportową a do tego najwspanialszą. Ubierasz buty, wychodzisz na zewnątrz i biegniesz przed siebie!! Nic bardziej mnie nie relaksuje i oczyszcza mija głowę jak bieganie.

Wyzwanie zakończone. Abbott World Marathon Majors przebiegnięte.

Co teraz?? Następne wyzwanie, nowe cele. Plan się już robi i mam nadzieje że i tym razem podołam tym celom, które teraz są o wiele wyżej i dalej ale właśnie po to żyjemy aby spełniać swoje marzenia i cele.

Wesołych Świat Bożego Narodzenia Życzę Wszystkim

Chris Wiciak

Co to było za bieganie!!! Rok 2017 moimi oczami.

Sezon 2017 zakończony. Wow jak to szybko minęło.

Rok ten zapisać mogę śmiało- jako najlepszy czas spędzony podczas biegania .

Tak jak obiecałem sobie na koniec 2016 roku chciałem poświecić ten rok biegowy na szybsze bieganie i unikniecie kontuzji.

Jeśli chodzi o progres biegania to myśle że zrobiłem milowy krok w przód i że zaliczyłem naprawdę duży przeskok w bieganiu w porównaniu z poprzednim rokiem.

Jeśli chodzi o kontuzje to nie było aż tak tragicznie, ponieważ jedna kontuzja która wyeliminowała mi większość przygotowań pod Boston w Kwietniu ale oprócz tych 40 dni bez biegania to reszta sezonu była naprawdę pozytywna.

W tym roku podszedłem jeszcze bardziej wyczynowo i zawodowo do biegania,

Poświęciłem więcej czasu na rozciągania i ćwiczenia stabilizacyjne a przede wszystkim odbyłem dwa obozu biegowe.

Pierwszy w lutym w Szklarskiej Porębie był to mój pierwszy w życiu obóz biegowy i pomimo pierwszych oznak kontuzji przed, przetrenowałem go bardzo solidnie, a druga kwestia to ludzie z jakimi tam byłem stworzyli naprawdę zajebista atmosferę. Tego obozu nie zapomnę do końca życia.

Ale po obozie dopadła mnie kontuzja mięśnia dwugłowego którego tak naprawdę leczę do dziś, ponieważ jeszcze nieraz go czuje. Kontuzja pojawiła się w najgorszym momencie przed maratonem w Bostonie na 5 tygodni przed. Wyeliminowała mnie z biegania na ostatnie 40 dni, ale nie mogłem odpuścić tak ważnego i najsłynniejszego oraz najstarszego maratonu na Świecie, wiec nie poddając się pojechałem do Bostonu i uczestniczyłem naprawdę w święcie biegania. Boston ma ducha, prawdziwego ducha biegania, można to odczuć wszędzie na każdej ulicy, w rozmowie z mieszkańcami. Coś takiego nie spotkałem nigdzie a przebiegłem już 10 maratonów w tym czasie i tam naprawdę jest magia i unosi się coś w powietrzu. Wiec Boston pomimo kontuzji to bardzo udany maraton gdzie biegnąc zachwycałem się każdym kilometrem przebiegnięty.

Następnie był drugi obóz biegowy- to połowa sierpnia i zagościłem w Szwajcarii, światowa mecca biegaczy St. Moritz. Nie będę się powtarzał jak tam było pięknie, ale jeśli chodzi o punkt zwrotny w moim bieganiu to ja wskazuje właśnie ten czas. Jeśli prędzej podczas treningów nie mogłem zauważyć postępów w moim bieganiu a jednak je robiłem co pokazywały czasy na zawodach, to właśnie tam w St.Moritz w drugim tygodniu trenowania mój wzrost formy zauważałem w każdym aspekcie treningu.

Zacząłem na wysokościach 1850-2500 n.p.m osiągać takie czasy że każdego dnia tak się nakręcałem i czułem moc, gdzie nie chciałem aby trening się nie kończył a ja chciałem biegać więcej i więcej. W pierwsze 7 dni zrobiłem 215km gdzie taki wynik prędzej przebiegłem nieraz w ciągu miesiąca.

( a tak rosła moja forma w 2017 roku, gdzie podczas Berlina maratonu osiągnąłem szczyt formy gdzie garmin pokazał 74ml/kg/min!! )

Następnego energetycznego kopa dostałem jak przebiegłem dzień po powrocie pół maraton pod Londynem gdzie z życiówki 1:22:06 (Wrocław nocny) wkroczyłem na nieznane grunty w mym bieganiu a był to czas 1:16:59 czas to jedno ale styl w jakim pokonałem ten dystans dały mi tyle pewności siebie i rozwiały wszystkie wątpliwości że tylko kataklizm mógł mi spierniczyć maraton w Berlinie. Takiego uczucie w biegu tak szybkim i z jak z łatwością to zrobiłem nie miałem nigdy.

Średnia czasu 3:38/km na 21.1km to kiedyś kosmos odległy był dla mnie nawet jakbym chciał przebiec 400m!!!! Intervala na treningu, a teraz równo biegłem gdzie ostatnie 5km tylko przyśpieszałem 👌🏃. Niesamowite uczucie biegu to tak jakbyś zapierniczał Jaguarem kabrioletem 260km/h po autostradzie i wsłuchiwał się w głos pięknie brzmiącego silnika!! Tak ja wsłuchiwałem się w rytm swojego oddechu. Niesamowite uczucie .

Jeśli ktoś pyta dlaczego biegam i tak się nieraz męczę?? , odmawiam sobie niektórych przyjemności jakie mnie napotykają na drodze przygotowań, to właśnie wtedy odpowiadam-

że dla takich chwil warto to robić nawet jak nieraz boli.

Ale Ja nie Znam innego rodzaju bólu który bym tak bardzo pragnął go i kochał.

Wiec przygotowany sportowo ale i emocjonalnie wyciszony, pobiegłem w Berlinie swój najszybszy maraton dotychczas, w bardzo wyrafinowany i kontrolowany sposób. Może to brzmi bardzo nie ludzko i bez emocji, ale emocje były oczywiście, lecz w tym biegu od pierwszego kilometra do ostatnich 195metrow kontrolowałem wszystko- tempo, oddech, picie wody co 3-5km, wszystko miałem poukładane w głowie. Moje myśli były skierowane tylko w jednym kierunku wynik 2H42min tyle !!! Nic więcej.

Wiec Berlin odczułem trochę mniej emocjonalnie niż Boston, choć patrząc na wynik powinnienem być najbardziej zadowolony. Ale powiem tak- bardziej jestem zadowolony w jaki sposób się przygotowywałem do tego maratonu i jestem prze-szczęśliwy że wykonałem taki ogrom pracy i że przyniósł zakładany efekt.

I tutaj mógłbym zakończyć sezon chodź był dopiero początek Października, ale że właśnie w tym roku postanowiłem że ukończę swoją misje sześciu największych maratonów na Świecie Abbott World Marathon Majors, a że wybrałem sobie New York Marathon na koniec swoich światowy wojaży to musiałem chcąc nie chcąc spróbować utrzymać jeszcze trochę formę aby w sposób normalny przebiec ten maraton który w kalendarzu jest przypisany na pierwszy weekend Listopada.

Miałem równo 5 tygodni miedzy maratonami Wiec tak naprawdę 3 tygodnie treningów ponieważ pierwszy tydzień po Berlinie odpoczywałem i ostatni przed Nowym Jorkiem tez odpoczywałem, wiec tylko kilkanaście dni biegowych. Ale tak naprawdę moja głowa już była na wakacjach bo jak wychodziłem na trening to nie miałem motywacji aby jednostki szybsze biegać i utrzymywać tempo. Miałem taki jeden trening że miałem zrobić 28km po 3:45-3:50/km, nawet żeby nie czuć zmęczenia całym dniem zrobiłem go wcześnie rano ale okazało się ze jednak nie daje rady i ubiegłem tylko 23km po 3:45-3:47/km i opadłem z sił i zabrałem się do domu.

Wiec sam dobrze siedziałem ze ciężko będzie mi się zebrać na Nowy Jork, a gorsze że ja tam jadąc też chciałem powalczyć o bardzo dobry wynik.

Wiec mając mętlik w głowie jak pobiec w NY męczyłem się na treningach aż na tydzień przed pobiegłem kontrolnie na 10km sprawdzić czy mam jeszcze jakieś siły mentalne 😂😂. I się okazało że przebiegłem 10km w 34:59 co jest moim najszybszym czasem a co więcej wygrałem pierwszy raz wyścig i przybiegłem PIERWSZY!!!🥇👌🏃Wiec powiało trochę optymizmem na 7 dni przed maratonem, ale pamiętałem że 10km to nie maratoński dystans ale trochę pewności jednak mi dodało.

Maraton w Nowym Jorku opisałem w osobnym postcie ale muszę nawiązać w kilku zdaniach do tego maratonu, bo nie można przejść obok tak ważnego wydarzenia jakim jest ten maraton.

Teraz prawie miesiąc po, mogę powiedzieć dobrze że wybrałem NY maraton na mój ostatni Majors bo zakończyć cykl właśnie tam to coś naprawdę specjalnego.

Muszę się powtórzyć i powiadam wam – żeby odczuć to co dzieje się podczas tego maratonu to nie ważne jak się opisze,

tam trzeba być i przeżyć to na własnej skórze bo żaden opis, nawet żeby to Shakespeare przelał piórem na papier to nie odda tego w taki sposób jak osobiste uczestnictwo w tym biegu.

Jeśli się ktoś zastanawia gdzie pobiec maraton to proszę mi wierzyć że musi to być Nowy Jork!!! I nie ważne że tam są przeklęte mosty i trasa falista ale coś musi być tam magicznego że co rok kończy wyścig ponad 50tys uczestników. Takim wynikiem nie może się pochwalić żaden bieg na świecie!!!!

Ukończyć 6 Majorsów w 3 lat zwiedzając 3 kontynenty, podróżować miedzy Ameryką i Japonią i Europą to naprawdę przeżycie niesamowite !!! Rozpoczynając bieganie i wychodząc pewnego wieczoru w 2013 roku z żona na pierwsze moje 5km, nigdy nie sądziłem że takie rzeczy mnie spotkają i że tyle radości przyniesie mi bieganie i że zmieni mój sposób życia.

Biegowy rok 2017 już zakończyłem. Nie miałem dużo startów ale w tym roku nie postawiłem na ilość biegów lub na zbieranie blach na szyi ale na jakość i na szybkość.

Wszystko co założyłem i zapisałem na koniec 2016 roku to wykonałem z nawiązką. Takiego roku jeszcze dobrego nie miałem. Był to mój piąty rok biegania a drugi pod opieką trenera Piotra Ślęzaka. Statystycznie chłop zrobił ze mnie „maszynę do biegania” ponieważ w 2015 roku biegałem jak głupi kilometrów, dziennie po 20 lub więcej oraz pełno startów w pół maratonach i maratonach a czasy stały w miejscu lub były coraz gorsze.

Statystyki nie kłamią:

Piotr przejął mnie po Londynie 3:26:19. – Katowice 3:38:31 – Ateny 3:48:32 wszystko w 2015 stym. Rozpoczęliśmy współpracę początek roku 2016 i za chwile poszło jak po sznurku,

TOKYO 3:17:00

Chicago 2:58:55

Boston 2:57:31

Berlin 2:42:13

New York 2:51:23

Nic dodać nic ująć. Muszę powiedzieć że jeśli chodzi o czasu na 21.1 km oraz na 10km to ten progres mój wyglada jeszcze bardziej okazale.

Pytanie sobie można zadać czy trafił trener na dobrego zawodnika Hehehe czy zdolny „staruszek” trafił na dobrego trenera. 😂😂 Tego się nie dowiemy, ale trzeba przyznać że rodzaj i styl treningów trafiał do mnie idealnie. Właśnie takiego czegoś potrzebowałem jak rozpocząłem współpracę z Piotrem, aby ktoś kto się zna na bieganiu przygotowywał mnie do startów i rozwijał moja osobę pod względem motorycznym.

( tutaj wyraźnie widać na wykresie co zrobiły treningi od początku 2016r. z moją formą!!!) Bo muszę powiedzieć że oprócz tego że bieganie daje mi radość i niezależność, swobodę i uczucie czystości i mocy, to też dążę do współ-rywalizacji którą uwielbiam od najmłodszych lat. Lubię współzawodniczyć z innymi a najlepiej mnie kręci jak mogę się ścigać z młodszymi i szybszymi zawodnikami i próbować ich doścignąć.

Dlatego jeśli zdrowie dopisze to chciałbym w następnym roku kontynuować bieganie. Postawiłem sobie już cele i wyznaczyłem co chce osiągnąć w 2018 roku. Mam nowe wyzwanie na następne dwa lata oraz nowe marzenia ale o tym niedługo w innym rozdziale.

KTO NIE MA ODWAGI DO MARZEŃ, NIE BĘDZIE MIAŁ SIŁY DO WALKI. Przez najbliższe tygodnie będę poddawał się odpoczynkowi oraz treningu roztrenowania a dopiero w połowie grudnia ruszam z nowymi przygotowaniami. Wszystko rozpisane i zaplanowane, startów może nie będzie za dużo ale napewno ma być szybko, ciężko, ale z radością na ustach i chęcią dobrej zabawy.

Do usłyszenia

Chris Wiciak

NYC MARATHON 2017 !!!

…5th November 2017 w moim biegowym życiu przejdzie do jednych z najlepszych wydarzeń zaraz obok Bostonu Maratonu.

Nie da się porównać tych dwóch maratonów bo w Boston duch, spiryt i historia unosi się w powietrzu, tutaj w NY wszystko jest WOW…

..ogrom tego wydarzenia i liczba uczestników przewyższa wszystkie maratony na świecie. Nigdzie indziej nie spotkasz tylu uczestników i tylu kibiców którzy w sposób niewyobrażalnie głośny dopingują wszystkich uczestników!!!

Biegłem już w TOKYO gdzie było też naprawdę dużo kibiców ale tutaj to są tylko dwa miejsca gdzie nie ma wrzawy i kibiców- to dwa mosty – pierwszy na którym startujemy czyli Verrazano Narrows Bridge a drugi to Queensboro Bridge pomiędzy 23-26km, ale tylko nikogo tam nie ma ponieważ jest całkowity zakaz ze względu bezpieczeństwa. Po za tymi miejscami każdy metr chodnika przestrzeni jest wypełniony w głośno krzyczących ludzi z całego świata!!

Ale zanim stanęliśmy na starcie to w piątek wieczorem odbyła się parada wszystkich krajów jakie będą reprezentowane w biegu, a było w tył roku 127 narodowości !!!!! Niesamowite. Impreza naprawdę godna zobaczenia. Natomiast w sobotę odbywały się mistrzostwa USA na 5km najszybszych amerykańskim zawodników oraz na końcu bieg masowy dla reszty chętnych gdzie w tym roku pobiegło na odcinku 5km 11tysiecy ludzi.

Bardzo udana impreza gdzie osobiście byłem kibicem, ponieważ poranny trening zrobiłem właśnie w Central Parku i zakończyłem na mecie maratonu. Po treningu zostałem tam i byłem świadkiem naprawdę szybkiego biegania gdzie czołowa trójka finiszująca zmieściła się w jednej sekundzie!!! A u kobiet nie było już takich dramatycznych finishow ponieważ wygrała faworytka i obecnie najszybsza w tym roku na tym dystansie amerykańska gwiazda Molly Huddle.

Po wszystkich tych wydarzeniach udałem się do domu gdzie oddałem się całkowitemu wypoczynkowi i leżakowaniu, wieczorem wyszliśmy tylko na kolacje aby uzupełnić węglowodany i później do łóżka spać.

Tym razem nie spałem w hotelu, ale zostałem zaproszony do Artura Tyszuk prezesa największego polonijnego klubu biegowego POLSKA RUNNING TEAM. Zostałem ugoszczony przez Artura i jego żonę jak „elit zawodnik” !!!! U nas w Londynie nie spotyka się aż tak narodowej wspólnoty polskiej z jak się spotkałem tam w Nowym Jorku. Dlatego warunki podczas tego pobytu miałem najlepsze gdzie z góry dziękuje jeszcze raz Arturowi i Monice za takie ugoszczenie mnie.

Niedziela 5 Listopada 2017 godzina 5:00am obudził mnie zegarek ale muszę powiedzieć ze już od godziny czekałem już nie spiąć, to zrobiła różnica czasu oraz tej nocy w stanach przesuwali czas na zimowy wiec spaliśmy dłużej o godzinę a mi pierwszy raz w w życiu przyszło ze w ciągu jednego miesiąca spałem dwa razy dłużej o godzinę !!!!! 😂😂🤷‍♂️🤷‍♂️.

Poranne śniadanie plus woda z cytryna ubrani i przygotowani w ciepłe ciuchy zostaliśmy przetransportowani na wynajęty specjalnie dla nas autobus który kilkudziesięciu uczestników Running Team Polska w tym mnie odtransportował do wioski maratońskiej na linie startu która znajduje się na wyspie Staten Island. Pomimo ze start pierwszej grupy jest dopiero o 9:50am to już tam musisz być później o 6:30pm ponieważ zostaje zamknięty most po którym biegną uczestnicy a to jedyna droga dojazdu, wiec to duże wyzwanie dla wszystkich którzy musza się tam stawić. Oprócz autobusów można tam dotrzeć promem który przewozi uczestników. Ale sumując jest to w miarę skomplikowane punkt maratonu. Następna sprawa to wiosła maratonu gdzie ponad 50tys uczestników się zbiera i czeka na start. Cała infrastruktura która jest przygotowana to tylko tak może być w Ameryce !! Ponieważ czekają tam godzin 3-4 na start masz do dyspozycji wszystkie udogodnienia wraz z rozsypana słoma na której uczestnicy sobie leżą i relaksują. Są punkty żywieniowe, herbata, kawa, czekolada graca, żelki energetyczne i batony, izotoniki do picia, rozdają czapki , jest tego naprawdę dużo.

Wioska jest podzielona na 3 strefy- niebieska, zielona i pomarańczowa i tak też jest podzielony start gdzie najszybsi startują z niebieskiej strefy która jest jeszcze podzielona na fale i corale, później pomarańczowi i zieloni , godziny startu tez zróżnicowane zależnie od fali.

Mi przyszło startować tym razem w pierwszej fali z corala pierwszego czyli jak się dobrze ustawisz to możesz stać w pierwszym rzędzie zaraz za elita. I tak oczywiście zrobiłem gdzie nawet doprowadzenie nas ze strefy wioski na linie startu odbywało się w sposób spektakularny gdzie tylko Amerykanie mogą w taki sposób to zorganizować. Chcąc poczuć ducha tego największego wydarzenia maratońskiego oczywiście znalazłem się w pierwszej lini frontu 50 tysięcznej rzeszy startujących, co nie było łatwe do osiągnięcia ale szybkość i spryt pozwoliły ze znalazłem się zaraz za 12-stką najlepszych startujących zawodników jako elita tego dnia.

Zaraz przed startem odbyła się ceremonia otwarcia oraz został odśpiewany hymn amerykański gdzie na koniec wzmogły się owacje i gorące oklaski!!! Coś niesamowitego!! Flagi amerykańskie na każdym kroku wszędzie policjanci i wojsko, latające helikoptery, wszystko prezentowane w sposób z najlepszy. Takie rzeczy można zobaczyć tylko w filmach amerykańskich albo tutaj na miejscu na takich imprezach, gdzie człowiekowi skóra jeży się w każdym zakątku ciała!!!

9:52am i słyszymy potężny huk z armaty który dał sygnał do startu!!!! Wciskam zegarek i rozpoczynam swoją drogę po medal za którym zjeździłem prawie cała kule ziemską. Jest to ostatnia odsłona mojej misji która jeszcze w 2015 roku wydawała się niemożliwa do osiągnięcia i była magia a teraz wystarczyło przebiec spokojnie 42km195m i czekał na mnie specjalny medal kończący moja podróż maratonów świata.

Ale tak jak napisałem w blogu kończąc posta o Berlinie 5 tygodni temu że w tym biegu nic nie muszę bo w tym roku swoje zrobiłem i czas jaki osiągnąłem 2:42:13 to wielki wyczyn dla mnie- w 2013 zaraz po zakończonym moim pierwszym pół maratonie jakbym usłyszał ze kiedyś przebiegnie maraton i to w takim czasie to bym powiedziała ze prędzej zostanę prezesem PiSu za życia Kaczora niż osiągnę coś co dla zwykłego amatora i przeciętnego początkującego biegacza jakim jak jestem jest po prostu nie osiągalne nawet w myślach.

Ale także w tym poście napisałem że znają mój charakter nie uznaje maratonów aby sobie tylko zaliczyć i że napewno w Nowym Jorku pobiegnę szybko.

Ale ja sam nie spodziewałem się że zrobię to tak spektakularnie lub nie odpowiedzialnie, zależy kto jak nazwie że na połowe dystansu przewidywany czas ukończenia miałem na 2H33min 🙈🤷‍♂️.

Albo szaleniec mógł myśleć że to się powiedzie lub nazywać się Wiciak.

Ale już tłumacze- w sobotę rozpisałem sobie czasy i końcowy czas był 2:39:55 czyli życiówkę. I oczywiście dokładnie wiem i świadomy byłem że nie wolno nic zmieniać na lini startu i trzymać się planu ale teraz z perspektywy czasu muszę powiedzieć że nawet ten plan na 2:39 też by się nie udał bo kilka czynników było o których dobrze wiedziałem że nie zadziałają. Po pierwsze miedzy maratonami dwoma było tylko 5 tygodni różnicy, w Berlinie zrobiłem wielki skok w bieganiu i życiówkę na prawdę dużym poziomie gdzie przygotowywałem się do niej jak nigdy wcześniej, następnie w ciągu 5 tygodni ostatnich przebiegłem mniej niż na obozie w 14dni i to wiele mniej i następna rzecz to moja silna głowa była już tak bardzo zmęczona całym sezonem że odmawiała mi posłuszeństwa przez ostatnie 5 tygodni.

Wiec wszystkie znaki na niebie mówiły żeby pobiec na spokoju na 2:58 i z uśmiechem na ustach odebrać po co przyjechałem.

Ale wystartowałem zaraz za najlepszymi i rozpocząłem gonitwę na moście na którym jesteś totalnie odsłonięty, a wiatr wiał tak mocno że nie mogłem oddychać, a mi samemu wydawało się że stoję w miejscu!!! Jedynie co mnie dziwiło że cała elita wcale szybko się nie oddalała jak zwykle, tylko przez cały podbieg pierwsze 2km, oraz cały odcinek na tym moście biegli z przodu na wyciągnięcie ręki!!!

Dopiero na zbiegu po 3 kilometrach przyspieszyli na 3:04 i poszli do przodu normalnym tempem dla nich 🙈. Wiec biegnąc w miarę samotnie pokonywałem następne dwa km i zameldowałem się na pomiarze 5km 18min07sek i już miałem minutę za szybko do rozpisanych czasów na ręce, wtedy pomyślałem że jednak zwolnię po mogę tym tempem nie dobiec nawet do półmetka. I niby to zrobiłem ale zegarek nadal pokazywał mi pokonywane km 3:29, 3:26, 3:36,3:33,3:41 i tak dobiegłem do 10km 36min21sek !!!! Mówię sobie kurwa zwariowałem!!! W Berlinie miałem 38:27!!! Ponad 2 minuty szybciej na 10km!!! Dla tych co biegają wiedza że to kawał czasu!!!! Przecież ja jeszcze kilka miesięcy temu miałem gorszą życiówkę na 10km a tutaj na maratonie wale o 2min szybciej!!!

I wtedy po 10km Pan Wiciak mówi do swojego ciała że dziś dostanie prawdziwy sprawdzian i lecimy na zniszczenie!!!

Wszyscy amatorzy biegają na negatywie ponieważ chcą ukończyć bieg i świadomie biegną tak aby dobiec do mety i nie wydobywają z siebie od początku maximum jakie mogą ponieważ obawa że zaraz skończą jest większa.

Ja też tak dotychczas biegałem gdzie zawsze z rozwaga i zapasem i nigdy nie wykorzystałem moich możliwości na maxa. Ponieważ cele i zakładane czasy były poparte różnymi czynnikami które mówiły mi jaki czas mogę pobiec. Ale przesuwając swoją poprzeczkę i granice wytrzymałości robiłem to z rozwagą.

Dlatego po 36min biegu moje ciało już dostało tak po dupie że czułem się jakbym był na 40km maratonu ale naprawdę tak nawet w Berlinie nie czułem się na końcowych km gdzie pobiegłem bardzo mocna końcówkę. Nic mi nie pozostało tylko trzymać tak długo tempo aż się da!!!

Bo w tym momencie glikogen już z mojego organizmu zużyłem totalnie i ulotnił się, (jednak w tym tygodniu za mało naładowałem się węglami) i szybkie zapasy glikogenu w moich mięśniach i wątrobie się skończyły co dało się odczuć dość szybkim zmęczeniem, plus doszło większe niż normalnie zakwaszenie mięśni w tym momencie, wiec moje zniszczenia organizmu były nie odwracalne i zwolnienie tempa by nic nie dało.

Biegniemy dalej na 12km pokazuje 3:41 Wiec uważam ze zwolniłem 😂 i następny już przebiegłem 3:25/km!!! Oraz 15km tak samo 3:26🤦‍♂️🤦‍♂️🤷‍♂️🤷‍♂️

Właśnie tutaj na 15km przebiegam w czasie 55:01!!!!! W Berlinie było 57:50!!!!🤦‍♂️🤦‍♂️

Wiec na 15km mam prawie 3min szybciej!! Jestem już naprawdę zniszczony, odczuwam bóle nóg i przebiegnięty dystans ale nie myśle że to dopiero początek i jedna trzecia biegu. Walczę dalej, myśle sobie co kiedyś mi mówił Mariusz Giżyński jak On przeżywa katusze i boleści i jak go boli jak biegnie na życiówkę na wyniszczenie. Dlatego tłumacze sobie że to ma bolec nawet żeby bolało bardzo bardzo, nie lubię się z czegoś wycofywać a że boli to nie oznacza żeby się poddać, nasza głowa będzie wysyłać różne sygnały do ciała aby te zaczęło bolec i daje nam sygnały żeby zwolnić lub stanąć i skończyć te katorgi. Ale nic z tego zaciskam zęby próbuje wyrównać oddech i lecę dalej.

Dobiegam do Greenpoint przy Puławski Bridge 13- sta mila i polska stacja wody plus pizza i inne mocniejsze ocieplające drinki 🥃🍹przecież to stacja POLSKA wiadomo że takie sprawy to tylko u nas👌💪. Oprócz tego pełno polskich flag i balonów i piękne dziewczyny podające wodę i izotoniki. Ja osobiście wbiegając tam czekała na mnie osobista grupa serwisantów 🙈🙈 Piotr Cypriyanski i Artur Tyszuk, którzy podają mi przygotowany specjalny eliksir życia ale jak już wiemy w tym momencie nic mi wstanie nie było pomóc!!!!dopingują mnie i to pomaga !!!

Wziąwszy butelkę z płynem wbiegam ostro na most gdzie mijam półmetek dokładnie 13.1mili czas 1:18:19!!! Proszę mi wierzyć że moja życiówka jeszcze dwa miesiące temu była 1:22:07!!!!! A tu zostało jeszcze tyle samo do pokonania a co później się przekonałem to była ta łatwiejsza połowa gdzie pokonałem dopiero jeden most i to na którym startowałem świeży a tutaj totalnie zmęczony czekały mnie jeszcze 4 sztuki i trasa z długimi podbiegami.

Ale zabawa trwa dalej a ja bawię się w białego Kenijczyka i zapier…lam na ostatnich oparach jak 40letni landrover sąsiadki z naprzeciwka🤦‍♂️,

….dobiegam do strategicznego miejsca w tym maratonie- Queensboro Bridge, proszę zapamiętać ten most jeśli się wybieracie do NY na maraton QUEENSBORO BRIDGE!!!!!

Żeby nie było nie jasności ze nie wiemy jak wyglądał albo że nie uprzedzałem !!! Dodaje zdjęcie 🙈.

Długość mostu ponad 3km, długość podbiegu 3km🙈🙈 bo nawet jak jest zbieg to tam jest pod górę!! Możecie zapytać każdego kto tam biegł i nie ważne czy nazywa się Wiciak czy Kipsang czy Kopeć, każdy odczuwa to samo.

Wbiegam na most długi długi podbieg i cisza jak makiem zasiał!!! Zero duszy, jesteś sam i słyszysz tylko krok za krokiem, słyszę każde uderzenie jak moje Continentala podeszwy z bostonów dotykają co chwile asfaltu!! Można dostać paranoi!! W połowie mostu punkt pomiaru czasu 25km gdzie wyniszczony mijam z czasem 1:34:35 w Berlinie ponad 2 min było wolniej. Jest to moment gdzie chce się zatrzymać i usiąść i już nie biegnąć!!!! Próbuje różnych sztuczek aby oszukać swoją głowę i próbuje nie zwalniać i dalej biegnąc ale 26km pokazuje mi pierwszy raz 4:02/km totalna klapa i załamka!!’ Podejmuje próbę przyspieszenia jest trochę górki plus wybiegam w 1St Avenue gdzie ogrom kibiców czeka i krzyczy jakby czekali na krew walczących gladiatorów !!! Km 26 oddaje i 3:30, następny 3:48 mówię sobie może się uda, może się zbiorę !!!

Ale przychodzi 28km i następne dwa gdzie na 3km jednostajnym podbiegu wyniszczają moje nogi totalnie!!!! Nie chcą biec, kurwa krzyczę!!! Jeszcze trochę tłumacze wstrzymajcie do 35km proszę!!! Ale boli, strasznie boli!!! Głowa chce, ja chce kibice rzeczą i chcą ale moje nogi już skończyły bieg, moje ciało już skończyło się !!!! Nie ma nic!!! Wyglądam jak trup!!! Mijam 30km jestem pokonany, wykończony i biegne i płacze z bólu!!! Ale mówię sobie będę pełzał a się nie zatrzymam, będę robił wszystko ale nie przejdę do marszu nie dziś!!!! Będę biegł i nie ważne jak szybko ale będę biegł!!! Następne kilometry to 4:07,4:09,4:16,4:33,4:18,4:18 i tak dalej człapie… w tym momencie to nie jest dla mnie bieg to walka krok za krokiem. Dobiegam do 38km i tutaj następna próba że jednak się zatrzymam albo będę szedł!!! Ale podejmuje próbę liczenia ile mi zejdzie iść przez ponad 4km i okazuje się że wole biec wolno w bólu niż iść w bólu, ale kryzys mija lekko i na 39 i 40 i 41 km odzyskuje lekki wigor i biegnę z bólem ale odeszły mi myśli abym zejść z trasy, może to magia Central Parku bo właśnie na 39km tam wbiegaliśmy i biegliśmy nim przez 3km następnie wybiegliśmy na chwile na 34th south wzdłuż parku gdzie znowu cały kilometr był podbiegu i na ostatnie 600m wybiegam do parku ponownie i lekko z górki pomiędzy flagami wszystkich biegnących narodów ustawionymi po bokach trasy, zmierzam zniszczony totalnie który wlecze swoje nogi niczym wojownik słaniający się na nogach ciągnie swój miecz po ziemi!!!

Przebiegam punkt 26mila zostaje 200 yardów !!!! Ostatnie dwieście jardów już mi nie robi różnicy że jest ostro pod górkę, czy to ma znaczenie? Przecież dziś przeszedłem przez piękna walkę dnia, walkę życia, bo tak jeszcze nigdy nie biegłem i tak jeszcze nigdy nie walczyłem bo można walczyć z bólem i go znieść ale najgorsza jest walka z NIEMOCĄ a taka właśnie miałem i odczuwałem od 26km !!!

Przebiegam przez linie mety i unoszę ręce do góry !!! Bo wiem że dziś wygrałem z samym sobą z moim ciałem które pozostało tam na Queensboro Bridge a moja dusza przybiegła tutaj na linie mety. Podchodzę dalej, opuszczam głowę aby został mi nałożony medal po który biegłem jak nigdy dotąd, jedni powiedzą ze jak głupiec, amator ale ja wiem że takiego biegu potrzebowałem, takiej lekcji bólu i takiej próby !!! Jeśli chcesz być silny i osiągać w życiu rzeczy nie możliwe trzeba podejmować próby niemożliwe. Nauka jest najlepszym sposobem na osiągniecie celu ale wtedy jeśli wyciągnie się z niej dobre wnioski.

Ja mam nadzieje ze będzie tak w moim przypadku.

Ale na jednym medalu dziś maraton się nie skończył ponieważ czekał na mnie drugi który kończy pewny etap w maratonach moich bo misja jakiej się podjąłem dobiegła końca!!

Przebiegłem 6 największych maratonów na świecie!!!! Jestem jednym z niecała 2 tysięcy ludzi na świecie co tego dokonali do tego dnia !!!! Przebiec maraton i ukończyć to przeżycie niesamowite!!! Przebiec i ukończyć sześć największych maratonów na trzech różnych kontynentach to naprawdę dla mnie wielkie osobiste wydarzenie.

LONDON 3:26 – można powiedzieć ze pierwszy normalnie przebiegnięty maraton w życiu

TOKYO 3:17- niesamowita wyprawa, niesamowita kultura. Jedna z najciekawszych moich maratońskich wypraw.

CHICAGO 2:58- symboliczny maraton ponieważ to właśnie tam złamałem pierwszy jak ważna barierę 3 godzin!!

BOSTON 2:57- najstarszy, historyczne miejsce dla maratonów. Pomimo ze przez kontuzje nie mogłem się do niego przygotować to mój najszczęśliwszy bieg jaki kiedy zrobiłem. Takiego uczucie nigdy i nigdzie nie miałem podczas biegu. Napewno tam wrócę i pobiegnę tam jeszcze raz.

BERLIN 2:42:13 PB – tutaj nic dodać nic ująć. Bieg życia do tej pory ale wynik oczekiwany ponieważ tak jak się przygotowałem pod ten maraton to jeszcze tak nigdy nie byłem. W tym biegu wszystko kontrolowałem od pierwszego km do końca. Wyrachowanie i profesorskie biegniecie na czas. Fajne przeżycie.

NEW YORK 2:51 – wszystko już chyba napisałem o tym maratonie, może prawie wszystko bo jest on taki przeogromny że mógłbym napisać książkę o nim. Takiego biegu jeszcze nie przeżyłem jeśli chodzi o emocje sportowe. Tutaj mogę powiedzieć że dałem z siebie wszytko co miałem tego dnia. Nie, nie prawda !!! Dałem tutaj tego dnia z siebie 200%!!! Tu też wrócę jeszcze aby rozprawić się z Queensboro Bridge.

I tak ukończyłem 6 Abbott World Marathon Majors !!!!

Misja dobiegła końca. Koniec roku biegowego uważam za zamknięty. Teraz oddaje się na odpoczynek zasłużony i nie chce słyszeć o bieganiu przez najbliższe pare tygodni 🤦‍♂️🏃🤷‍♂️.

Do usłyszenia niedługo

Chris Wiciak

Aby dotrwać do końca sezonu…

Zostało mi 5 dni sezonu biegowego który zakończę maratonem w Nowym Yorku.

Jestem już naprawdę zmęczony fizycznie jak i psychicznie i czekam aby było już po.

Ale na podsumowanie przyjdzie jeszcze czas a teraz chciałem się podzielić jednym małym wydarzeniem które odbyło się ostatniej niedzieli 28th October.

Był to bieg na 10km gdzie pomimo mojego mniej intensywnego treningu miałem pobiec w trupa, czyli dać z siebie ile można w tym dniu.

Zanim ruszyłem z lini startu muszę wspomnieć że ostatnie 4 tygodnie po Berlińskim maratonie to czas odpoczynku i naprawdę delikatnego biegania z dwoma szybszymi akcentami gdzie nie wytrzymałem tempa i nie zrobiłem całego treningu i co z tym się wiązało był widoczny spadek formy.

Tydzień prędzej 20th w sobotę pojechałem na klubowe zawody sztafetowe 4x5km które odbywały się z trialowych warunkach czyli trawa,błoto i podbiegi.

Trasa okazała się dla mnie mordercza, a ze pierwsze dwa km przebiegłem w tempie 3:11 i 3:15 to do końca trasy ledwo dobiegłem bo tak mnie ścięło na 3 km ze nie miałem siły biec szybko. Przybiegłem po 15min30 sek (4500m się okazało) i byłem tak zmęczony jak po żadnym maratonie takiego czegoś nie czułem.

Wiec ostatniej niedzieli jadąc na te 10km za bardzo nie spodziewałem się fajerwerków ale miałem dobre przeczucie ponieważ w piątek wieczorem na treningu zrobiłem 4km szybkich jednostek gdzie biegłem po 3:25-3-20/km i dobrze mi się oddychało i kontrolowałem tempo.

Wiec stając na starcie byłem przekonany ze pomimo długiego sezonu zbiorę się jeszcze raz na moje wyżyny i pobiegnę dobrze równo co mi przyniesie poprawienie trochę mojego jakże słabego czasu na 10km 36:34🙈🤦‍♂️🙈🤦‍♂️

Wimbledon Common 9am: start i poszliśmy.

Na początku ustawiłem się jako trzeci i obserwowałem jakie tempo narzucą. Przeważnie jest to szybciej, bo się niektórzy wyrywają ale tym razem było spokojnie bo pierwszy km 3:26min/km, trasa na drugim lekko w dół i z automatu przyspieszamy i 2km pokazuje 3:16/km- szybko myśle ale tłumacze sobie ze z górki. Trzeci i 4 km wychodzą po 3:18/km. Wtedy odpada jeden i pozostaje nas dwóch. Następny 5 i 6km lecimy po 3:26-3:30/km, ale po 7km wyrasta nam długi 1km podbieg !!! Myśle sobie podbieg i na zbiegu odpocznę i będę próbował zostawić gościa za sobą.

Ale okazuje się ze na podbiegu klient mi uciekł na 25m ale ciśnie dalej. Wybiegam na górę zegarek pokazuje 8km 4:00/km wiec w głowie się kotłuje i jedyna myśl żeby przyspieszyć jak najmocniej na ostatnie 2km.

Zamiast zbiegu okazuje się że jest cały czas płasko już do mety, trochę mnie to rozczarowało ponieważ na podbiegu naprawdę dużo z siebie dałem i teraz okazuje się że nie mam aż tyle siły żeby przyspieszyć do 3:20/km.

Ale na tym 9km dostaje dodatkowego bodźca ponieważ doganiam gościa i go zostawiam z tyłu. 9km przebiegam po 3:35/km i próbuje lekko przyspieszyć na ostatnim km.

Na 400m do mety oglądam się za siebie widzę ze mam gdzieś 30-40sek przewagi i wiem ze to dziś jest ten dzień!!! W którym pierwszy raz wygram bieg !!!!

Niby śmieszna sprawa i mało znacząca ponieważ takich biegów gdzie startuje 500-800 osób jest co weekend dużo ale osobiście dla mnie człowieka amatora który rozpoczął dopiero bieganie jest to dodatkowy punkt motywacyjny a zarazem ogromna radocha oraz daje mi kopa na następny rok do dalszych treningów.

Ja wiem że mistrza ze mnie nie będzie ale ja ambitny człowiek jestem i rywalizację w krwi mam, wiec jak się nadarza możliwość rywalizacji to staram się brać udział i dać z siebie wszytko co najlepsze.

Po biegu wręczenie nagród i okazuje się że zgarnąłem dwa puchary ponieważ w kategorii V40 tez mi się należy 😂, do tego doszła mała nagroda pieniężna też pierwsza kasa jaką wygrałem przez bieganie💪🤷‍♂️.

Żona się śmiała że musiałbym wygrać z 500 takich biegów aby się zwróciło mi to co pochłonęły moje zawody, wyjazdy, obozy etc.

Nic, nie kasa jest najważniejsza w życiu ale rzeczy które przynoszą nam radość.

Czas jaki ukończyłem bieg tez był zadowalający bo zredukowałem go do 34min58sek co napawa mnie przekonaniu że 33min nie są aż tak daleko i niemożliwe jak by się wydawało rok temu.

Ponieważ co kiedyś było dla mnie sufitem jest teraz podłogą, na której coraz pewniej się czuje. 🤷‍♂️🤷‍♂️

W Piątek 3-ego Listopada melduje się na Manhattanie gdzie w spokoju spróbuje jeszcze raz w tym roku uruchomić swoją głowę aby przebiec z radością i w miarę komfortowo ostatni bieg roku.

Po nim spróbuje podsumować mój rok biegania w którym była radość, płacz, kontuzje i piękne i szybkie bieganie ale to dopiero za tydzień.

Teraz pakuje się i za ocean, weekendowy wypad po to co kiedyś mogłem tylko oglądać w Tv a teraz będę jednym z uczestników.

Marzenia się spełniają 👌💪🏃

Chris Wiciak