Od jakiegoś czasu chciałbym przelać tutaj i wyrzucić z siebie co od dłuższego czasu siedzi mi w głowie i ciąży na duszy.

Prawie od dwóch lat nie napisałem nic tutaj na blogu i nie podzieliłem się z wami rzeczami z którymi się borykałem i borykam nadal.

Zawsze wychodziłem z założenia że w bieganiu mam mocną głowę która zawsze mi pomoże przy ciężkich chwilach w czasie biegu lub w trudnych sytuacjach jakie nas nieraz spotykają w codziennym życiu. To ja byłem tym który swoją postawą mobilizował, inspirował, pomagał innym aby coś zrobili ze swoim życiem kiedy dopada ich kryzys lub stagnacja.

Energii do pracy i do działania nigdy mi nie brakowało, zawsze jak pojawiały się problemy to nie rozmyślałem dlaczego tak się stało tylko od razu podejmowałem próby naprawy i większości osiągałem sukces. Jeśli chodzi o motywacje dla mnie, to takowej nie potrzebowałem bo twierdziłem że zawsze umiałem się na tyle sam zmobilizować i nakręcać i samemu sobie ładować akumulatory.

Ale coś podczas Covidowego czasu się stało. Coś pękło we mnie. Jeszcze na początku roku 2020 rozpocząłem przygotowania do wiosennego maratonu chodź nie wiedziałem gdzie się odbędzie bo każde prawie zawody odwoływali jeden po drugim a ja z bardzo dobra formą biegową i mentalną szukałem i wierzyłem ze gdzieś pobiegnę. Nic z tego nie wynikło tylko tyle ze pobiegłem kontrolnie treningowo na 10km i 5km. Ale nadal wierzyłem ze na jesień odbędzie się jakiś maraton i w nim pobiegnę. Z naiwnością małego dziecka kupiłem bilety do Kenii gdzie zamierzałem tam spędzić przygotowania pod maraton. Jak się okazało przed samym wyjazdem doznałem kontuzji, a tak dokładnie to dała o sobie znać ponownie łękotka stawu skokowego lewego. I po konsultacji z lekarzem poszedłem pod nóż we Wrocławiu w październiku 2020. Lekarz zapewniał że po dwóch tygodniach ruszę do treningów co dawało mi nadzieje ze może wystąpię w Mistrzostwach Polski (Olesno 2020) jak się okazało powrót po zabiegu był o wiele dłuższy.

I myślę że właśnie w tym okresie doznałem następnej porażki i zostały mi podcięte ponownie skrzydła. Zacząłem sobie zdawać sprawę że już skończyłem 45lat i będzie mi coraz trudniej wracać po kontuzji do biegania.

Na początku 2021 roku już naprawdę niby z wiarą że tym razem przygotuje się do jakiś zawodów, ale robiąc treningi i wracając po przejściu Covida w święta Bożego Narodzenia 2020 zacząłem odczuwać że nie mogę wejść na poziom bólu biegowego w taki sposób jak to było we wcześniejszych latach. Właśnie wtedy zacząłem odczuwać że nie radzę sobie z motywacja do biegania, z samodyscypliną treningową i poczułem że nie zależy mi na bieganiu i na treningach. A co gorsze wysnułem sobie wniosek że ja nie lubię biegać. A wychodzę z założenia że jak się biorę za coś to porządnie. Wiec jeśli mam biegać to biegam na maxa szybko aby zbliżyć się do swoich marzeń i przekroczenia 2h30min w maratonie, albo nie biegam wcale.

Bo tak naprawdę ja kocham rywalizację z innymi ale jak się okazało że nie umie się przygotować do zawodów aby walczyć z innymi o jak najlepsze czasy, ale przede wszystkim walka ze sobą- nakręcała mnie najbardziej , a tu okazuje się że ja przegrywam sam ze sobą i to na początku drogi czyli już na treningach.

Rok 2021 obszedł się bez większych kontuzji chodź coś mi tam kilka razy dolegało i robiłem kilku dniowe przerwy w treningach, ale generalnie już wtedy miałem większy problem z głową niż z kontuzjami. Rok 2021 to rok samych rozczarowań i porażek. Moje ego biegowe spadało każdego dnia, moja motywacja i silna głowa spadły na same dno i przestały istnieć. Nawet nie chce mi się wspominać z ilu biegów zszedłem z trasy lub nawet będąc już na biegu nie stanąłem na lini startu.

I pomimo że otaczałem się w gronie przyjaciół biegowych z którymi założyliśmy już wcześniej nasza grupę Champions Village i codzienne rozmowy o bieganiu, treningach i zawodach zamiast mnie zmobilizować i odbudować to jeszcze bardziej mnie zaprowadziły na dno. Pod koniec roku 2021 na początku grudnia kiedy to wystartowałem w maratonie w Walencji i już po 5km zacząłem przegrywać sam ze sobą, ze swoją wiara i swoim ciałem. Najpierw zatrzymałem się na 15km i usiadłem totalnie załamany, takiego czegoś nie czułem nigdy. Wtedy poczułem że to chyba mój ostatni bieg w życiu. Po kilku minutach podniosłem dupę i podjąłem jeszcze raz walkę. Ale to chyba była próba zdesperowanego z resztkami ambicji sportowych prawie 47 letniego faceta który nie może już nic. Facet ten dobiegł do 19km i tam odpuścił i wycofał się z czegoś co do tego momentu zawsze przynosiło mu radość, zadowolenie i spełnianie się.

Idąc w stronę mety byłem totalnie rozwalony emocjonalnie. Jeszcze tego samego dnia zanim wsiadłem w samolot do domu napisałem do trenera bardzo nie przyjemną wiadomość. Byłem pełny w emocjach, w emocjach negatywnych. Gość który poświęcał mi kupę czasu i z osoby trenera przez ostatnie dwa lata stał się dla mnie moim przyjacielem i kolegą został w moich oczach współwinny mojego załamania i wszystkich niepowodzeń. Dziś już wiem że bardzo go skrzywdziłem i nie zasługuje aby udzielał mi swoich cennych uwag i poświęcał czas dla kogoś który nie docenił pracy jaką wykonał dla swojego zawodnika. Muszę powiedzieć że byłem pierwszym zawodnikiem amatorem który został dopuszczony do obozu przygotowawczego najlepszego w tym czasie polskiego maratończykami Mistrza Polski. Gdzie przez miesiąc mieszkając wspólnie i trenując razem dostawałem od losu najlepsze tajniki wyczynowego biegania. Pobyt w St.Moritz w 2019 roku to napewno największy skarb jaki dostałem w mojej amatorskiej biegowej przygodzie. I ten pobyt, wiedza jaką pozyskałem od takiego gościa pozostanie we mnie na zawsze. Dziękuje Ci Marcin Chabowski.

Aby nie było że to wszystko już złe minęło i dopadło mnie do biegu w Walencji to muszę dodać że zaraz kilka dni po maratonie trafiłem do szpitala z podejrzeniem udaru. Zostałem przetransportowany latarką do szpitala gdzie zrobiono mi szereg prześwietleń i rezonansów oraz zabiegów które miały na celu znalezienie powodu mojej przypadłości.

Głównie chodziło o krew. Gdy karetka zabierała mnie do szpitala to Ciśnienie wahało się w granicach 220/145 a bóle głowy były nie do opisania gdzie dwie dawki morfiny nic nie zadziałały.

Po kilku nocach w szpitalu i po kompleksowych badaniach stwierdzono u mnie nadkrwistość, i duży nadmiar erytrocytów czyli krwinek czerwonych. Moja hemoglobina sięgnęła 220G/L gdzie norma to 150. Moja krew była tak gęsta ze jak podjęto próbę spuszczania (venesection) to pierwsze 500ml trwało ponad godzinę. Późniejsze zabiegi upuszczania krwi odbywały się w szpitalu Hematologicznym w co tygodniowym cyklu miałem wypuszczane 500ml krwi.

A wiec diagnoza to ( secondary polycythemia) czyli czerwienica wtórna. Czy groźna ? Podobno tak. Ale będąc w bardzo niskim stopniu psychicznym nie obchodziło mnie czy to groźne czy zagraża mi to życie czy nie. Nawet jak usłyszałem że choroba ta prowadzi do raka szpiku.

Ale lekarze aby wykluczyć czynniki zewnętrzne poddali mnie nawet badaniom antydopingowym w tym na sprawdzenie (Erythropoietin). Wszystkie badania tzn wyniki oczywiście były negatywne. Ale że mojej żonie to nie dawało spokoju i twierdziła że przyczyna musi jakaś być, to zostałem skierowany na konsultacje do polskiego hematologa z Katowic. Po przesłaniu lekarzowi wszystkich moich badań i wyników potwierdził wszystkie teorie brytyjskich lekarzy i zalecił kontrolne badania ponownie w kwietniu tego roku 2022.

Obecnie po poddaniu się spuszczaniu krwi i badaniu krwi za każdym upuszczeniu moja hemoglobina spadła do granic normy i organizm narazie nie produkuje jej więcej. Co bardzo cieszy i czekam na następne kompleksowe badania w kwietniu.

W czasie konsultacji z hematologiem zostałem zapytany czy zamierzam nadal biegać i wyjeżdżać na obozy biegowe w wysokie góry, po odważ taka czy mieć wcale nie pomaga w wyeliminowaniu mojej przypadłości.

Wracając do dnia dzisiejszego czyli koniec lutego 2022 muszę powiedzieć że od wyjścia ze szpitala i odpoczynku w święta Bożego Narodzenia pod koniec Stycznia podjąłem próbę powrotu do lekkiego biegania ale po kilku dniach biegania, przestałem kontynuowania tych praktyk relaksu ponieważ przetwarza mi to więcej frustracji i bólu niż satysfakcji. Obecnie jestem na etapie szukania czegoś co może mi zastąpić bieganie. Tak jak kiedyś 11 lat temu zaprzestałem pić alkohol i chwile później rozpocząłem przygodę z bieganiem tak teraz chce znaleść coś co będzie mi przynosić radość i zadowolenie, coś co będzie mnie napędzać każdego dnia do życia i bezstresowego spędzania czasu z rodziną i z najbliższymi.

Zastanawiałem się czy nie potrzebuje pomocy kogoś jak psycholog lub ktoś inny. Ale wybrałem sobie osobę trenera od Life and Mindset. Poszedłem swoją drogą która mam nadzieje zaprowadzi mnie tam gdzie będę się czuł wolny, szczęśliwy, zdrowy i cieszył się życiem wraz z żoną i najbliższymi.

Czy wrócę do biegania?

Nie wiem. Wiem że zbłądziłem strasznie podczas tego czasu. Z „fanu” biegania przeobraziłem się w człowieka który dążył tylko za wynikiem i nie czerpał radości z tego co robi. Kocham ból biegania ale stres jaki mi towarzyszył w celu osiągnięcia jak najlepszego wyniku sprawił że moje mentalna siła zadziałała w odwrotną stronę i zaczęła pokonywać mnie samego.

Narazie jestem na etapie wychodzenia z choroby, i szukam odpowiedniej drogi którą podążę w następną podróż. A gdzie ona mnie zaprowadzi to się okaże.

Wiem jedno nie będę nakładał na siebie żadnej presji, pozwolę się ponownie zakochać i polubić to co będę robić.

W bloga postaram się raz na jakiś czas updatować bo to troszkę mi pomaga jak wywalę tutaj swoje sprawy i te złe jaki i lepsze. Wiec nawet jak nikt tego nie będzie czytał to i tak sam dla siebie będę wrzucał kilka zdań.

Do zobaczenia gdzieś tam.

Chris Wiciak