Chris Wiciak

Kontuzja i pacemaker.

Muszę wrócić do połowy sierpnia i do dni na obozie gdzie przygotowywałem się do berlińskiego maratonu.

Rozpoczynałem 3 tydzień przygotowań gdzie wszedłem w fazę najważniejszych jednostek treningowych, czułem że forma szybuje w górę co nawet potwierdził mój VO2max, gdzie nie zawsze się do tego przywiązuje.

Ale pewność w głowie rosła strasznie i podniecenie biegowe szło w parze, ale jak w książce „Sekret”- Rhondy Byrne, możemy się dowiedzieć że dużo rzeczy które się dzieją z nami lub w naszym życiu to przyciągane są przez nas samych. I te dobre rzeczy jak i złe, ja się przekonałem już kilka razy że tak mam, i tym razem było tak samo.

Nie wiadomo skąd podczas drugiego tygodnia treningu w głowie zrodziła się myśl o kontuzji. Biegając cieszyłem się że nie mam kontuzji a moje ciało zajebiecie reaguje na dużą ilość kilometrów, gdzie każdego dnia sobie coś dokładałem i zwiększyłem dawki, ale cały czas kłębiło mi się w głowie – kontuzja.

W piątek zakończyłem drugi tydzień treningów i w sobotę na porannej sesji miałem rozpisane zbiegi 10×200/200, ale ponownie moje ego się odezwało i było mądrzejsze od trenera i powiedziałem sobie że jeśli mam biegać zbiegi to zrobię to 500/500, gdzie nawet podbiegłem w miarę szybko. Wiec przy piątej próbie zbiegu w sprincie poczułem ból w „lewym oczywiście” kolanie!!! Ale zignorowałem to i kontynuowałem trening. Następnego dnia zrobiona mocna sesja 3-2-1km szybkie po 3:25/km plus całodzienna niedzielna wycieczka górska dała się we znaki i wstając rano w poniedziałek już wiedziałem że coś z kolanem nie tak.

Lecz nie poddałem się i rowerem wjechałem na 2600npm i tam chciałem odbyć następną szybką sesje treningowa 10x1km, lecz nawet się nie rozgrzałam dobrze bo już po 1km truchtania noga odmówiła posłuszeństwa. Następne dni były tylko gorsze. I tak zakończyłem swoje przygotowania do najważniejszej imprezy roku. Próbowałem jeszcze masowanie, rozciaganie,rolowanie, nakłuwanie i inne zabiegi aby pomogło ale nic.

Wracając ze Szwajcarii zahaczyliśmy z żoną (była u mnie ostatni tydzień pobytu w Szwajcarii) o włoski Mediolan i tam szukając pocieszenia w mojej tragedii jakim była kontuzja postanowiłem kupić sobie buty do biegania !!! Co za ironia!- nie może biegać a kupuje buty!!! Ale tym razem zakup zrobiłem solidny bo właśnie co wyszedł update nowych Nike typ: ZM FLY INNOV V7.2 Racing Fast. Brzmi groźnie hehehe. Już prędzej jak testowałem inne biegówki to pisałem że nie jestem przekonany do Nike jako do butów do biegania, ale powiedziałem że spróbować jedna pare to przetestuje i właśnie chodziło mi o ten typ. Buty przetestowane i niedługo napisze artykuł. Ale wracając do tematu….

…….po powrocie do domu wyłączyłem się totalnie z mediów socjalnych i odinstalowałem wszystko z telefonu. Chciałem spokojnie poukładać sobie sam wszystko w głowie. W między czasie poleciałem do polski na rezonans magnetyczny aby zbadać kolano i dostałem opis po kilku dniach:

Jak widać najlepiej nie jest z moim kolanem, ale żeby być pewnym tego opisu niedługo lecę na następną wizytę aby potwierdzić diagnozę. Prawdopodobnie czeka mnie zabieg łękotki bo kolano to dokucza mi już kilka dobrych lat. Ale od kiedy zacząłem biegać to nie mogę znaleść czasu na naprawę tego. Ale tym razem już chyba nie mogę tego przekładać, bo w następnym roku mam najważniejsze starty i rok 2019 ma być moim jednym z ważniejszych.

Na koniec miesiąca Września, a dokładniej 30-stego miałem już wcześniej zaplanowany rodzinny pół maraton Ealing Half. Była to już 7 edycja tego biegu a moja trzecia. Żona startowała drugi raz i do tego biegu namówiliśmy dwóch synów aby wystartować całą ekipą. Młodszy syn właśnie w dniu biegu obchodził swoje 17-ste urodziny co było przepustką dla niego aby mógł wystartować legalnie w takim biegu. Chłopki przygotowania mieli nie za długie bo twierdzili że taki dystans 21km przebiegną na spokojnie. Ale już po kilku pierwszych treningach na 2 miesiące przed stwierdzili że to nie takie łatwe. Może widząc Ojca dziennie wychodzącego biegać myśleli że to bułka z masłem. Żona podeszła do tego bardziej profesjonalnie i regularnie 3 razy w tygodniu odbywała sesje treningowe, a kilka krotnie wspólnie zrobiliśmy treningi interwałowe po których musiałem Ją reanimować 😂🙈🙈, ale po dniu milczenia ponownie się odzywała hehe.

Jeśli chodzi o mnie to lekkie bieganie rozpocząłem na 14 dni przed połówka, lekkie treningi pokazały że kolano już tak mocno nie boli i chyba je trochę uspałem.

Na 7dni przed zrobiłem sobie bieg tempowy 16km. Na początku zakładałem że zrobię z narastająca szybkością, ale pierwsze kilometry rozpocząłem za ostro wiec próbowałem utrzymać tylko tempo które po 16km pokazało 3:45/km średnia. Wtedy powiedziałem sobie że spróbuje ten bieg pobiec na 1:18-1:19 bo wiedziałem że trasa ciężka z wieloma podbiegami i może braknąć mi siły w końcówce.

Do biegu wystartowaliśmy w okrojonym składzie rodzinnym bo syn starszy musiał zrezygnować w ostatniej chwili ponieważ tego samego dnia wypadł mu piłkarski trial i nie mógł pobiec tego biegu. Ale reszta ekipy była w mocnych bojowych nastrojach i przystąpiliśmy do zabawy.

Miałem wystartować pierwsze 4 km na spokojnie nie szybciej niż 3:45/km ale troszkę tempo z przodu było większe i pobiegłem 3:27-3:40/km a od piątego kilometra rozpoczynał się odcinek podbiegów i zbiegów. Taktyka była prosta pod górkę nie wolniej niż 3:50/km, a z górki przyspieszać do 3:15-3:20/km. Do 10km biegłem sam z przodu była może dziesiątka zawodników może kilku więcej.

Na 11km dobiegło do mnie dwóch zawodników i próbowali ślizgać się na moich plecach. Nie podobało mi się to i puściłem ich do przodu na 15km. Na 17km dobiegł do mnie jeszcze jeden młody człowiek i wyprzedził. To mnie rozzłościło i złapałem się jego pleców i postanowiłem utrzymać jego tempo. Było dla mnie szybko jak ta ten odcinek biegu bo na 18km zegarek pokazał 3:27/km, myśle sobie nie wytrzymam i do tego ostatni podbieg i gość się oddala. Na zbiegu mówię sobie łapie go i muszę utrzymać jego tempo.

Dobiegam i metr za nim biegnę ostatnie trzy kilometry. Na 500m do mety postanowiłem zaatakować i wyprzedziłem gościa i tylko widziałem z dała metę i nic więcej. Już wtedy wiedziałem że mnie nie dogoni a co później się okazało ostatnie 500m biegłem po 2:48/km wiec to już moje maximum chyba.

Na metę wpadłem w czasie 1:16:53 hmm niezły czas a nawet bardzo dobry można powiedzieć.

Trasa ciężka, na kontuzji (choć kolano nie bolało podczas biegu) bez mocnych treningów, bez spiny, – to wszystko złożyło się na naprawdę spokojny kontrolowany bieg.

Odebrałem medal i szybko na trasę biegiem z powrotem aby pomóc synowi, według umowy miałem robić za zająca i go poprowadzić do mety. Złapałem go na ponad 3km do mety gdzie znajdował się okoli 1min za pacemakerem na 1:50 z którym biegła żona i trzymała się tempa.

Od pierwszych metrów syn ruszył za mną i z tempa 5:20/km przeszliśmy na 4:40/km i rozpoczęliśmy gonitwę za żona oraz za zającem 1:50. Najpierw na 900metrow przed metą minęliśmy żonę a za chwile pacemakerow i ostrym finiszem wbiegaliśmy na metę w czasie 1:48 a 52sek za nami Kasia z czasem 1:49.

Podsumowując impreza się udała i urodziny także. Tym razem w biegowym tempie ale wszyscy byli zadowoleni …chyba 🙂

Teraz czeka mnie wyjazd do PL już na dniach i zobaczymy czy potwierdzi się opis z badania i czy? i jaki? zabieg będę potrzebował na te nieszczęsną lewą nogę.

Chce jak najszybciej mieć to za sobą i ze spokojna głowa przejść rehabilitacje i zimowe przygotowania. Myśle że jeszcze trochę odpoczynku od biegania przyda się dla mojego organizmu i głowy bo staranie kilka lat to życie tylko od biegu do biegu, bez większych przerw na odpoczynek.

Pomimo że teraz będę odpoczywał trochę od biegania to zamierzam pisać nadal do cootury tygodniowe artykuły o bieganiu oraz poprowadzę kilka weekendowych audycji radiowych w radio PRL24.co.uk na które zapraszam.

Z pozdrowieniami

Chris Wiciak

Gdzie to szukać formy??

Lato to okres przygotowań dla maratończyków którzy planują starty jesienne.W szczególności Sierpień to miesiąc gdzie nasze przygotowania idą całą parą i są bardzo intensywne.

U mnie druga połowa roku przebiegała trochę leniwie na treningach. Po wiosenny maratonie nie mailem za bardzo wolnego od biegania a wręcz przeciwnie wystartowałem w kilku pół maratonach i 10km także. Wiec było bardzo intensywnie ale w startach, bo trening trochę kulał pod względem mobilizacji.

Pomimo że moja forma była wysoka co pozwoliło wygrać mi kilka biegów na 5k, 10k i 21km, to nie mogłem się przegrupować w głowie że już czas zacząć przygotowania pod Berlin.

Tygodnie uciekały, ja niby trenowałem ale tych kilometrów w miesiącu było jak na lekarstwo. A już granice rozsądku przekroczyłem jak okazało się ze w lipcu przebiegłem tylko 195km!!!! Tyle to biegam jak mam wolne od biegania!!!!

Wiec przyszedł sierpień i pozostało tylko 6 tygodni do maratonu a ja znalazłem się troszkę tak w zawieszeniu ponieważ niby trenowałem, niby formę mam, ale napewno nie osiągnę tego co sobie zakładałem jeszcze na wiosnę.

Wiem że w bieganiu straconego czasu nie da się nadbiegać ale postanowiłem że tym razem spróbuje się przygotować do maratonu w 6 tygodni i obiecałem sobie że wystartuje w Berlinie aby urwać tam znowu kilka minut ze swojego PB. Muszę wreszcie złamać granice 2:40 i zawitać w czasy 2:3…pare, bo tam jest moje miejsce a nie wiem czy nie wyżej czyli niżej Hehehe.

Bodźcem do moich treningów był ponowny wyjazd do St.Moritz w Szwajcarii.

To już moja trzecia wizyta w tym pięknym miejscu a druga letnia.

Pierwszy pobyt mnie tak zauroczył że dzisiejszy obóz zaplanowałem już rok wcześniej. Dlaczego?

Bo tutaj jest wszystko co potrzebuje sportowiec wytrzymałościowy.

⁃ Miasto znajduje się na wysokości 1820npm, z możliwością treningów nawet na 2550, do tego dochodzą płaskie trasy wokół okalających jezior, gdzie możemy realizować cały wachlarz treningów!!-

⁃ Darmowy stadion lekkoatletyczny z bieżnią pierwszej klasy,

⁃ lokalne lotnisko gdzie na loopie 4km możemy pohasać naprawdę szybko, a do tego dochodzą lokalne zimne strumyki w których po każdym treningu relaksuje zmęczone nogi.

Jednym słowem bajka. Dla takiego amatora biegania jak ja to i tak o wiele za dużo.

Ale właśnie tutaj mogę się poczuć jak prawdziwy zawodowy maratończyk który przygotowuje formę do swojego następnego ważnego startu. Może to trochę monotonne i nudne jest bo prawie każdy dzień wyglada tak samo,:

Pobudka, śniadanie, odpoczynek, trening pierwszy, lunch, odpoczynek/drzemka, trening drugi, kolacja odpoczynek i spanie. I tak powtarzam dzień za dniem. Nie zwiedzam, nie chodzę po knajpach, nie siedzę na kawie, nie chodzę po sklepach, tylko raz w tygodniu odwiedzę spożywczaka aby uzupełnić lodówkę i to ma mi wystarczyć. Przyjemności mam jak po treningu idę się moczyć w strumykach lub co jakiś czas chodzę na spa ale to cześć treningu i ta przyjemniejsza.

Ale właśnie taki tryb treningu mi odpowiada, bo mogę się skupić tylko na nim. Mogę zadbać o regularne jedzenie, suplementację, a przede wszystkim najważniejszą rzeczą jest regeneracja!!!!! Odpoczynek i sen to dla maratończyka cenniejsze niż nie jedna jednostka treningowa. Tutaj dopiero dostrzegam ile mogę więcej biegać i nie czuje takiego zmęczenia niż w domu kiedy pracuje w ciągu dnia po 12 godz.

Dość że znajduje się na wysokościach co za tym idzie gorzej nam się oddycha, ale właśnie tutaj jestem wstanie każdego dnia pokonywać 30-40km dziennie i umieć się zregenerować do następnego treningu, a podstawa to odpoczynek i sen!!!

A jeśli ktoś mnie zapyta co będzie jak taki wyjazd nie pomoże?

Bez zastanowienia odpowiem:

⁃ To samo trenowanie w jednej z najpiękniejszych miejscowości na świecie jakim jest St.Moritz to wystarczający bodziec do poprawy moich treningów.

Nie ma nic piękniejszego jak bieganie dwa razy dziennie w pięknych krajobrazach górskich nad pięknymi błękitnymi jeziorami położonej w tej pięknej dolinie.

Ja wierzę że i tym razem mi się uda ściągnąć zakładany cel w Berlinie, a w tym wszystkim napewno pomogą mi treningi wysokogórskie. Bo jeśli za pierwszym razem 14 dniowy pobyt mi pomógł i złapałem formę życia to wiem dobrze że i tym razem mi się uda a tylko dlatego że w to wierzę.

Trzyma kciuki mocno za wszystkich co też ciężko trenują i przygotowują się do swoich startów.

Pamiętajcie, nie jesteście jak inni, nie dajcie sobie nigdy wmówić że czegoś nie jesteście w stanie zrobić!!!

A ja często sobie mówię:

WSZYSTKO JEST MOŻLIWE. ALE TYLKO DLA TYCH, KTÓRZY W TO WIERZĄ

Chris Wiciak

Z Północnej Walii do „nocnego” Wrocławia

Siedem czerwcowych dni które bardzo mocno dały się we znaki mojemu organizmowi.

Podczas dwóch wieczornych sobotnich biegów, w dwóch całkiem różnych pół maratonach wystawiłem swój organizm na próby wytrzymałościowe „chyba” z przekroczeniem granic. Ale jak już kiedyś powiedziałem, że jak staje na starcie to daje z siebie nie 100% (bo tyle daje na treningach) ale 120%!!!!

Może biegacze to jakiś rodzaj masochizmu sportowego którzy poprzez ból i cierpienie osiągają zadowolenie i radość.

Najpierw 9th czerwca pojechałem na dwu dniowe zawody drużynowe do Walii gdzie mieliśmy do przemierzenia z północnej części do Cardiff ponad 340km rozłożone na 20 etapów, (10 Sobota,10 Niedziela).

Ja pobiegłem ostatni etap sobotni o długości 21km gdzie nachylenia wynosiły 16% podbiegów, a na zbiegach momentami jeszcze większe!!! I nic by nie było złego w podbieganiu i wspinaniu się ale okazało się że ja nie umie zbiegać jak jest bardzo stromo!!! Jestem wolniejszy od siebie niż na płaskich odcinkach!!!

Czy to możliwe? Oczywiście, bo podczas zabiegania strasznie blokuje sobie biodra i nie pozwalam puścić nóg do przodu aby tylko co jakiś czas dotykały podłoża. Bardzo się dziwiłem że zabiegałem szybkościami 3:05-3:10/min a zawodnicy mijali mnie jakbym stał w miejscu!!!!

Wiec gdy skończyły się ostre zbiegi to byłem na pół metku trasy totalnie wykończony bo czułem ból wszędzie od bioder aż do stóp!!!

Na 9km byłem totalnie pusty i bez siły, a do tego po chwili musiałem się zatrzymać bo zacząłem wymiotować. Wiec pitstop przymusowy zaliczyłem i zanim się pozbierałem to minęło sporo czasu. Ruszyłem ponownie ale odczuwałem zawroty głowy i bałem się że mogę paść tego dnia bo słońce było niemiłosierne !!!!

Biegnąc mówiłem tylko do siebie żeby tylko dobiec do 15km , później następny i następny i tak dotrwałem do 18km gdzie ostatnie 3km to prosta do mety gdzie czekały na nas tłumy ludzi i nasze zespoły.

Dobiegłem 1:23:10, padłem i nie mogłem wstać.

Próbowałem ale miałem problem z balansem ciała wiec leżałem na trawie następne 15min.

Ten bieg wyssał ze mnie wszystkie siły oraz strasznie zmasakrował mi moje nogi i biodra na stromych zbiegach. Następne 4 dni praktycznie wcale nie biegałem bo nie mogłem, a czułem się jak po pierwszym maratonie. W ogóle bolało mnie wszędzie.

Byłem zły na siebie że tak bardzo źle pobiegłem ten bieg, a do tego czekał na mnie pół maraton we Wrocławiu na który się szykowałem i tam chciałem naprawdę pohasać.

Wiec próbowałem do soboty wieczora odpoczywać jak najwiecej. Nie trenowałem bo forma była i jest i tak bym nic nie zmienił.

W sobotę od rana poświęciłem trochę czasu najpierw na badania swojego ciała i odwiedziłem kilku lekarzy jak i terapeutów, ale preferencje moje bardziej idą w naturalne sposoby leczenia niż lekarskie systemowe framy.

Ale oczywiście zdążyłem zjeść dobry obiad i walnąć popołudniową drzemkę. O 8pm już kierowałem się na stadion gdzie niedaleko był start zawodów. Następnie spotkałem się ze znajomymi i powędrowałem na rozgrzewkę gdzie troszkę pobudziłem krew przed startem.

Próbowałem opóźniać wszystko aby nie stresować się na lini startu, wiec jeszcze na 10min przed startem robiłem szybkie przebieszka troszkę w oddali od lini startu.

Tam spotkałem jeszcze tak samo rozgrzewającego się Arkadiusza Gardzielewskiego znanego polskiego maratończyka, który przybył na start biegu prosto ze szpitala gdzie odbierał żonę i syna który urodził się dwa dni prędzej. Wiec była możliwość złożenia gratulacji i zamienienie słowa.

Na 3min do startu wskoczyłem zaraz za zawodnikami elity i z drugiej lini próbowałem wystartować tego wieczora.

11tys ludzi zgromadził nocny pół maraton we Wrocławiu gdzie wzorowa organizacja i głośna muzyka zagrzewała wszystkich do walki na dobrze przygotowanej trasie.

Jednego czego mi brakło to punktu wodnego szybciej niż na 7-mym kilometrze!!

Ale zanim dobiegłem tam to najpierw start…..

gdzie poszedłem jak na 400m ( śmiał się kolega po biegu) ale cóż adrenalina zrobiła ponownie swoje Hehehe.

Chcesz się poczuć jak elita to próbuj startować z nią na równo 🙈, wolałbym kończyć z nimi ale na to może kiedyś też przyjdzie czas, któż to wie.

Wiec wystartowałem ostro ale tym razem powiedziałem sobie że lecę pierwsze 10km na 35min z hakiem a później zobaczymy.

Troszkę mnie zatkało na pierwszych 3km gdzie biegłem po 3:25-3:28min/km i to mnie zaniepokoiło, ale chciałem się przykleić do jakiejś grupy lecz miałem problem bo przede mną biegła grupa 15-20 osób tempem o 5-8sek szybsze na km niż ja i nie mogłem się ich utrzymać a za mną biegła grupa 3:40/km

Na 6km bardzo już mi się pic chciało a stacji z wodą jak nie było tak nie było!!! Dopiero po znaku wskazującym 7km mogłem zamoczyć swoje spragnione usta. Trochę wcześniej dobiegłem do jednej z dziewczyn która odpadła z drugiej grupy cały czas biegliśmy razem przez następne 5km, była to zawodniczka z no21 Aleksandra Brzezinska.

W tym biegu najlepiej poczułem się po 7km jak zaczerpnąłem wody i wtedy poczułem przypływ energii. Od 7km do 13km były to moje najlżejsze kilometry gdzie nie schodziłem powyżej 3:35/km. Czułem się świetnie i powoli liczyłem że może to właśnie dziś mogę powalczyć o 75min.

10km minąłem z czasem 35:57 z 30sek za wolno ale czułem ze mogę spokojnie podkręcić tempo jeszcze. Po chwili koleżanka odpadła i nie utrzymała tempa a ja biegłem sam, ale na 12km dobiegł do mnie znajomy Dawid Smolak który tego dnia biegł po swój najlepszy wynik. Jak później powiedział czuł się tego nią znakomicie. Ja tez tak czułem się przez następne 4km gdzie na 16km zacząłem odczuwać pierwsze boleści w łydkach.

Na 17km Dawid oderwał się na 10 metrów i z każda chwila oddalał się wolno. W tym momencie już nie potrafiłem utrzymać tempa a wręcz przeciwnie zaczęło mi spadać o kilka sekund. Mijając 18km już naprawdę moje nogi zaczęły płakać i czułem naprawdę ból. Robiłem wszystko aby jak najmniej zwolnić i stracić.

Ostatnie 3km były dla mnie bardzo długie i bolesne. Zaczęły mnie mijać kolejne osoby co bardzo źle na mnie wpływało, na 20km poczułem głód, mówię siebie przecież ja mam żelka!! o którym kompletnie zapomniałem, wyciągnąłem i wypiłem do połowy i wyrzuciłem. Było już za późno na takie uzupełnianie paliwa, chciałem tylko dobiec do mety, ale na 800m do mety wyprzedziła mnie dziewczyna! Pomyślałem że to ta z no21 i zacząłem pędzić za młoda kobieta ile sił w nogach, a że ich nie pozostało za dużo to ciężko mi było przykleić się do niej. Ostatnie 500m daje z siebie co mogę i tylko koncentruje się na jej tyłku aby się zbliżyć i minąć 🙈🙈, lecz tym razem nie daje rady. Zatrzymuje się i upadam na ziemie……

…..po chwili czuje ukucie w palca, otwieram oczy i widzę jakiś sanitariuszy i mnie leżącego na łożku w namiocie. Pamietam że wbiegłem do mety do tego momentu nic więcej. Pozamiatało mnie strasznie pomyślałem, a myślałem że kontroluje bieg do końca. 🤔🤔

Po 20min wypuścili mnie gdzie udałem się do namiotu elity gdzie pierwsza trójka szykowała się do wręczenia nagród. Pogratulowałem wszystkim i poczekałem na wręczenie nagród oraz odsłuchanie hymnu polskiego.

Hmmm….jedząc zupę zastanawiałem się nad całym biegiem bo byłem strasznie zadowolony z całego biegu jak i z czasu 1:17:49 chodź nie złamałem 1:16 i nie zrobiłem swojego PB ale tego dnia dałem z siebie Wszytko i dziś moje nogi było stać na tamie a nie inne bieganie. Zastanawiałem się dlaczego mnie tak strasznie położyło na mecie bo wydawało mi się że na 20km moja głowa normalnie funkcjonuje.

Nic, nocny pół maraton wrocławski przebiegnięty w czasie 1:17:49 z podniesioną głową!!!

Pomimo że to tylko 21km ale muszę powiedzieć że te dwa biegi w ciągu 7dni dały mi w kość i to porządnie. Ale jestem bardzo zadowolony z progresu mojego i treningu, bo przecież przygotowania pod wrześniowy maraton jeszcze nawet nie rozpocząłem wiec mam dobre myśli co do jesieni bo wiem że będzie moja!!!

Jeszcze miesiąc i wyjeżdżam na obóz do St.Moritz gdzie w szwajcarskim kurorcie będę szlifował swoje marzenia aby później stały się osiągniętym celem. Jestem w takim miejscu teraz po tych latach treningu i wiem że mogę osiągnąć nadal wielkie rzeczy, które kiedyś nawet na myśl mi nie przychodziły ale wiarą i upartością wraz z pomocą kilku osób realizuje siebie i uczę się na nowo.

Chris Wiciak

W czym biegać?

Spróbuje przybliżyć i pomoc w czym możemy rozpocząć bieganie. Jakie obuwie dobrać.

Jak wiemy obuwie w bieganiu z całego naszego uposażenia to najważniejsza rzecz i istotny czynnik podczas biegu. Poprzez złe dobranie odpowiedniego obuwia możemy zrobić sobie krzywdę i nabawić się kontuzji.

Najpierw musimy sobie odpowiedzieć gdzie, na jakiej nawierzchni będziemy biegać.

Ja skoncentruje się na butach szosowych i bieganych w parkach.

Dla początkującego biegacza nie ważne jest jakiej firmy jest but. Pamiętajcie to nie pokaz mody tylko bieganie gdzie mamy robić to z przyjemnością, a co za tym idzie w wygodnym bucie.

Dla osób troszkę cięższych proponuje aby buty były w miarę z utwardzoną podeszwa i z żelem który będzie absorbował nasz kontakt z podłożem. Ważne jest aby stopa była dobrze dopasowana do buta i nie była narażona na zwichnięcia.

Ja rozpocząłem bieganie od Asics Nimbus 15, gdzie buty te pomimo dużej wagi 305g to bardzo dobrze trzymają nam stopę i są dobre dla osób które biegając walą z pięty, czyli cały ciężar ciała układają na tylnią cześć stopy przy kontakcie z podłożem.

Następnym typem do „klepania” kilometrów jest wersji Kayano, typ ten już jest lżejszy i bardzo wytrzymały na kilometraż.

Bardzo dobre i uniwersalne buty to Asics RoadHawks FF ważą tylko 175g a do tego mają 6mm „heel drop” co to znaczy?

Jest to różnica wysokości pomiędzy palcami a pięta w bucie. Im mniejsza różnica tym lepiej. Mniejsza różnica powoduje mniejsze ryzyko kolan ponieważ przy nachyleniu powyzej 10mm nasze ciało jest nachylone bardziej podczas biegu do przodu co bardziej obciąża stawy kolanowe. Dlatego pamiętajcie wybieramy jak najmniejszą różnice „hell to toe drop” wtedy zmniejszamy ryzyko kontuzji.

Oczywiście nie tylko w Asics biegałem i biegam, bardzo dobre buty ostatnim czasem robi New Balance gdzie przebojem wdarł się na nasze rynki. Obecnie biegam w typie FreshFoam ZanteV3, 244g wagi i 6mm „hell drop”gdzie dają dobry komfort na długie treningi.

Jest bardzo dużo firm które w obecnym bumie na bieganie prześcigają się w rożnego rodzaju butów, a przede wszystkim podeszwy gdzie to właśnie ta cześć buta odgrywa najważniejsza role.

Ja bardziej niż na markach koncentruje się gdzie biegam i co biegam i wtedy dobieram buta. Jeśli biegamy już jakiś czas i chcemy poprawiać nasze czasy to wtedy zaczynamy szukać butów w których biega się szybciej.

I tutaj na krótkie odcinki 5k i 10km buty zmieniają się i zauważamy ze tracą na wadze, zmienia się budowa podeszfy ktora jest z lekkich pianek bez żelów, ale takie buty przede wszystkim stają się mniej wygodne i nasza stopa narażona jest na szybsze urazy.

Ja posiadam kilka par butów w których startuje w zawodach na dystansach krótkich.

Bardzo lubię lekkie Asics DS Race gdzie w tych butach naprawdę czułem się szybki.

Ale ostatnio posiadam i testowałem najnowsze Boosty Adidas Adizero Sub2, 156g waga, najlżejsze buty jakie dotychczas wyszły do biegania. Ubierasz je na nogę i czujesz jakbyś biegł na boso.

Do dokładnej analizy tego typu zapraszam na wcześniejszy blog gdzie dokładnie opisałem te adidasy.

Ale na plan pierwszy chciałbym wysunąć buty w których zrobiłem swoje najlepsze wyniki gdzie waga i wygoda idą prawie równo w parze, a są to Adidas Boston 6 244g waga.Są dla mnie The Best „startówki”.

Bardzo wygodne i dobrze trzymajcie stopę, lekkie i bardzo wytrzymała podeszwa gdzie Adidas używa ogumienia Continentala, a do tego obecna cenna bardzo dostępna.

Ostatnio miałem okazje testować jeszcze dwie pary butów gdzie wybrałem się do centrum adidasa w Londynie i mogłem pobiegać w najnowszych Adidas SolarBoost. Bardzo dobre buty pomimo masywnej budowy ale dzięki temu nasza stopa jest bardzo chroniona na skręcenia a specjalny rodzaj podeszwy pozwalać będzie nam na zrobienie ponad 1000 lub więcej kilometrów. Idealne buty do treningów i do długiego wybiegania.

Bardzo dobry wygląd pomoże nam się zdecydować na zakup tych butów. Wersja damska jeszcze bardziej robi wrażenie co jest ważne dla biegających Pań.

Jeśli mówimy o kosztach butów to proszę się nie pchać w bardzo drogie ponieważ przekonacie się z czasem że akurat w bieganiu najdroższe buty nie oznaczają najlepszych. Mogłem to sprawdzić na sobie kiedy to w 2015 Asics wypuścić MetaRun gdzie kosztowały £200.00, a już po 100km zaczęły mi się rozwalać, a podeszwa starła mi się po pierwszym maratonie przebiegnięty w Tokyo. I nie była to wada mojego buta ale spotkałem się z innymi użytkownikami którzy mieli te same problemy.

Wiec jak widzimy musimy dwa razy się zastanowić zanim sprzedawca lub jakiś spot reklamowy będzie nas nakłaniał do wydania dużej gotówki. Ja swoje zakupy robię w outletach gdzie cenna spada o połowe i wtedy wole dokupić drugą pare. Pamiętajcie dobry dobór butów zapobiegnie częstych kontuzji i pozwoli cieszyć się bieganiem, przy zakupie doradzacie się znajomych lub sprzedawców ale w firmowych sklepach gdzie można spotkać coraz więcej sprzedawców którzy naprawdę się znają i polecą nam produkt do naszych potrzeb a jeśli będziecie potrzebować jeszcze więcej pomocy to piszcie do mnie, a ja postaram się odpowiedzieć na wasze pytania.

Chris Wiciak

Orlen Warsaw Marathon 2018 w 2:42:39

Że wystartowałem w Orlen Warsaw Marathon 2018, to wielki przypadek i podjęta decyzja na kilka tygodni przed samym biegiem. Jeszcze raz się potwierdza że spontan mnie nie zawodzi. Wiec zamiast pobiec pierwszy mój maraton w tym roku w Rotterdamie, bo tak zaplanowałem już pod koniec roku, to ze względu na trudny początek przygotowań i na borykające mnie problemy i kontuzje postanowiłem trochę namieszać w swoich planach startowych i opóźnić ten bieg do maximum i spróbować nadrobić stracony czas.

Orlen wydawał mi się bardzo dobra opcją, równa i szybka trasa, oraz obsada biegu była dobra ponieważ w tym dniu odbywały się także Mistrzostwa Polski PZLA na królewskim dystansie gdzie najlepsi oprócz medali zamierzali zrobić minima kwalifikacyjne na sierpniowe Mistrzostwa Europy w Berlinie.

Ciekaw byłem rywalizacji pomiędzy Mariuszem Giżyńskim ( z którym trenowałem w tamtym roku w Szwajcarii), a Arkiem Gardzielewskim któremu też bardzo kibicuje i On tez udzielił mi kilku ważnych wskazówek w bieganiu.

Wiec bieg wydawał się atrakcyjny i uprzedzając fakty taki właśnie był. Przyjeżdżając do Warszawy już w piątek nie wiedziałem czego mogę się spodziewać sam po sobie, bo niby na koniec ostatniego sezonu obiecałem sobie że na wiosnę powalczę o czas na poziomie 2:3…pare, ale że moje przygotowania i forma pozostawiała dużo do życzenia to byłem trochę zakłopotany.

Nie chciałem wystartować w maratonie w Warszawie i przebiec go luźno i zrobić 2:55 lub więcej bo nie o to mi chodziło i nie taki cel, a z drugiej strony jak przesadzę z tempem to zapewne zejdę z trasy i wtedy jeszcze bardziej się zafiksuje, że może ten mój czas w Berlinie to był mój „pick” w bieganiu!!!

Bo już takie myśli mi przychodziły w tym sezonie jak było ciezko na treningach Hehehe, a do tego nie pomogło mi kilka biegów w których albo umierałem podczas wyścigu albo zeszłem z trasy bo nie dałem rady utrzymać tempa lub coś bolało. Tak było w Rotterdamie gdzie startując razem z elita na starcie przeskoczyłem nad leżącymi Kenijczykami którzy upadli w efekcie kraksy i coś mi przeskoczyło w biodrze, biegnąc z bólem pokonałem tylko 11.5km i zeszłem z trasy.

Później analizowałem ten start bo coś mi nie pasowało w tym co zrobiłem, bo niby kontuzja i ból poczułem, ale dlaczego na 5km miałem miedzy-czas 17min25sek, a na 10km 35min25sek gdzie mój PB to 34:59 wiec tylko 26sek wolniej. Im głębiej się zastanawiałem tym bardziej przychodziło mi do głowy że może moje ciało mnie oszukało, bo biegłem za szybko pierwszy odcinek i dawało sygnały w postaci różnych bóli a najbardziej biodra.

Czy byłem w ten dzień tak przygotowany aby pokonywać kilometry w czasach 3:20-3-30min/km? Bo mógłbym najprościej powiedzieć sobie że kontuzja mnie dopadła i musiałem odpuścić i że jest wszystko w porządku. Ale to nie ja, mój charakter nie pozwala mi na łatwe wymówki, ja chce wiedzieć dokładnie co się stało aby wyciągnąć wnioski na przyszłość. Nienawidzę podchodzić do sprawy że dziś był upał lub trasa była z kilkoma podbiegami, że wiało lub że napewno się nie wyspałem i dlatego pobiegłem słabo lub źle, ja nie szukam tego rodzaju wymówek bo dla mnie takie nie istnieją.

Ja szukam problemu u siebie i próbuje analizować aby w następnych startach to się nie powtórzyło.

Dlatego ten maraton w Warszawie miał mi dać kilka ważnych odpowiedzi. Ostatnie dwa tygodnie po zejściu z trasy w Rotterdamie więcej analizowałem i odpoczywałem niż się ruszałem, chodź przejażdżka rowerowa dobrze mi zrobiła.

Nie chciałem wywierać dodatkowej presji na sobie i dlatego nigdzie się nie afiszowałem że startuje, do tego stopnia że o moim starcie wiedziało 2 osoby. Przez ostatni tydzień biłem się z myślami że jeśli pobiegnę, to na jaki czas? Jakie tempo obrać? Jaka taktyka? Postanowiłem że pobiegnę na 2:40 na negatives split czyli druga połowa ma być szybsza. Trudne zadanie ale nie chciałem zaczynać za szybko i zobaczyć jak będę biegł pierwsze 21km .

Wiec po długich namysłach zakodowałem sobie miedzy czasy i pozostał mi start w niedziele.

W sobotę dzień przed startem to szybkie odebranie numeru z expo i totalny relaks połączony z duchową terapią ciała.

Fizyka kwantowa na ciele biegacza to nowość jaką wprowadzam w tym sezonie 🙈🙈 i poddaje się jej totalnie. Dochodzę do wniosku że bieganie to nie tylko czysta matematyka i przeliczenia czasów, dieta i ile zjedliśmy i co?, ale coś więcej. 🤷‍♂️

Tym razem troszkę zmieniłem swoje przyzwyczajenia w dniu maratonu i wstałem na 2,5godz przed startem wiec późno, śniadanie też inne bo tym razem toast z masłem i dżemem, pół banana plus dwa jajka na miękko. Obeszło się bez kawy na samej wodzie.

Jeśli chodzi o buty to postawiłem ponownie na Bostony 6 bo przy mojej wadze (ile? Za duża!!🙈🙈) i długości biegu nowe adidasy sub2 by się nie sprawdziły. Zmieniłem tylko ze pobiegłem bez skarpetek, ale za to ubrałem rękawki thermalne które miały na zadanie chłodzić moje ręce!!! Fajna sprawa i działa- im więcej się pociłem na słońcu tym bardziej zimne były moje rękawki !!! Jak zauważycie MoFarha w Londynie też takie cóż używał, a mogło by się wydawać że było za gorąco na taki ubiór. Nic mylnego.

 

Przybywszy na start długo czekałem na rozgrzewkę bo dopiero 15min przed rozpocząłem rozciąganie i lekkie przebieżki, ale nie przesądzałem z tym rozgrzewaniem bo wiedziałem że jak się rozciągnę to mi wystarczy ponieważ większość energii potrzebuje na bieg. Wiec 8:55am wskoczyłem do pierwszej strefy zaraz za elita i czekałem spokojnie na start.

Tym razem postanowiłem ze nie będę się pchał na czoło i spokojnie wystartuje, pierwsze dwa km wyszły bardzo wolno bo po 3:55min/km, ale po chwili skorygowałem tempo biegu i zegarek pokazywał 3:43-3:48min/km .

99302-MOR18-3516-42-000101-mor18_03_srv_20180422_091906_1

Na pierwszych 5km uformowała się grupa 6-8 biegnących którzy chowali się za mną ponieważ momentami wiał straszny wiatr. Troszkę nie podobało mi się to ale pierwszy raz biegłem taką grupą. Na 6km zaraz po mocnym podbiegu na starówce dobiegł do mnie jeden kolega i powiedział, „domyślam się że biegniesz na 2:40”, przytaknąłem tylko głowa. Usłyszałem po chwili że jeśli dobiegniemy trochę szybciej do jednego przed nami to tamten biegnie również na 2:40 i będziemy się go trzymać.

Zrozumiałem że to jakiś pewny zawodnik, a dodatku miał numer elity z nazwiskiem. W miarę szybko złapaliśmy kolegę z przodu i tak biegliśmy przez następne kilometry. Ustawiłem się koło niego i pierś w pierś dyktowaliśmy tempo które po 10km zaczęliśmy trochę podkręcać ponieważ było trochę straty około 53sek, ale dobiegając do połowy dystansu praktycznie byliśmy tak jak zaplanowałem 1godz20min,

…czułem świeżość i dużo siły, oddychało mi się swobodnie na niskim tętnie 138bpm.

Nagle po połówce biegnący z boku kolega pyta:

⁃ biegłeś w Berlinie we Wrześniu? Odpowiadam ze tak.

⁃ W białej koszulce Bostonu? Zadaje drugie pytanie.

⁃ Tak. Odpowiadam.

⁃ To biegliśmy razem większość dystansu i prawie razem skończyliśmy. Byłeś szybszy ode mnie o kilkanaście sekund.

Zamurowało mnie !!! Ja nie pamiętałem z kim biegłem w Berlinie. I nie pamietam chłopaka. 🙈🙈🤷‍♂️🤷‍♂️To jeszcze bardziej związało mnie z nim.

Na 25km zacząłem odczuwać pierwsze zmęczenie w nogach, gdzie odcinek następnych 4km przebiegliśmy w silnym przeciwnym wietrze, który strasznie spowalniał nas i męczył. Wziąłem pierwszego żelka (miałem tylko dwa), ale za bardzo dużo nie pomógł, tzn nie odczułem tego. W tym momencie już pozostało nas tylko dwójka, reszta się wykruszyła bo słońce, wiatr i dystans zbierał swoje żniwo. Punkt wodny na 31km i biorę kilka kubków wody następnie gąbki z wodą i cisnę ale oglądam się i widzę że partner został z tylu lekko, wiec zwalniam i czekam, ale podbiega do mnie i mówi żebym biegł dalej sam bo nie utrzymuje tempa. Kurde myśle sobie, kiwam ręka i zapraszam aby ruszył, ale nic z tego, jak nogi nie podają to nic nie pomoże.

99302-MOR18-3516-42-000101-mor18_02_rkl_20180422_111449_2

Wiec biegnę sam i naprawdę zaczynam odczuwać trudy biegu, pod drodze mijam kilku zawodników ale widzę ze tempo moje zaczyna spadać i to radykalnie powyżej 3:53/km.

Zaczynam mówić sobie aby tylko do 35km dobiec a później już zostanie tylko 5km bo nie liczę ostatnich dwóch hehhe.

Mijając 35km mówię teraz już się nie poddam nawet widząc że moje 2:40 odpłynęło to walczę aby osiągnąć jak najlepszy czas.

99302-MOR18-3516-42-000101-mor18_02_msf_20180422_113808_2

Mekki przyszły na 38 i 39km gdzie tempo spadło mi na 3:58/km i tam wziąłem drugiego żelka, ale wydawało mi się że człapie, odcięło mi totalnie nogi, czułem podobny ból nóg i niemoc jak w New York tylko tutaj miałem do pokonania zaledwie kilka kilometrów a tam 20 pare Hehehe. I z tego wyciągałem pozytywy, i tak wbiegam na most Świętokrzyski 40km punk kontrolny i duża grupa kibiców którzy tak mnie podbudowali i dopingowali ze wracam na swój tor i ostatnie dwa kilometry przebiegam w normalnym tempie 3:44min/km i w pełni zadowolony wpadam na metę w czasie 2:42:39 co daje mi drugi mój czas i tylko 26 sekund wolniej od Berlina. Wow

99302-MOR18-3516-42-000101-mor18_01_ajk_20180422_114210

Staje za meta i czekam za meta na kolegów którzy pozostali troszkę za mną ale którzy przez większość dystansu biegli razem ze mną.

Wbiegają i przybijam każdemu piątkę i ściskam kolegę z którym przebiegłem prawie cały dystans, okazuje się że to Krystian Kochanek znany biegacz w świecie warszawki. Fajny bieg z fajnymi ludźmi, pierwszy raz biegłem w takiej grupie i z grupą, muszę powiedzieć że strasznie pomaga bieg w takim gronie aby utrzymać tempo i strasznie mobilizuje.

2:42:39 38 miejsce w kwalifikacji generalne i 17th w polskim championacie (jeśli był bym zgłoszony w PZLA)

99302-MOR18-3516-42-000101-mor18_01_mz_20180422_114304_1

Pisząc teraz po kilku dniach i po analizie muszę powiedzieć że zrobiłem mega wynik.

Przygotowania były pod psem, nadwaga startowa, brak konsekwencji w treningach i odżywianiu i suplementacji,ale widocznie tak miało być bo to dało mi odpowiedz że ostanie pół roku nie zmarnowałem i nie cofnąłem się w rozwoju a wręcz przeciwnie zrobiłem postęp który może nie widać po lepszym czasie maratonu ale w tym przypadku taki czas to tak jakbym przebiegł maraton w 2:37:00

( ostatni miesiąc treningu!!! Można powiedzieć bez treningu 🙈🙈🤷‍♂️)

Powaga- daleki jestem od chwalenia siebie po biegu ale tak jak kiedyś napisałem że byłem zadowolony z przygotowań do Berlina niż z samego biegu bo to było odzwierciedlenie mojego treningu, tak tutaj jestem mega zadowolony z całej taktyki biegu i jak go pokonałem bo tym razem to był dla mnie kosmos.

I właśnie takie coś potrzebowałem aby jeszcze bardziej się zmotywować na następne starty podczas tego sezonu.

Wiec zapowiada się ciekawie 💪💪🏃🏃👌💪💪

Chris Wiciak